Jedna z książek, którymi zainteresowałam się już z poziomu zapowiedzi wydawniczej. Czekałam na tą premierę i czekałam, no i się doczekałam, zakupiłam, przeczytałam. Prześliczna okładka, powiem tak na początek. A teraz zapraszam na opinię ;)
Nagle wybuchła epidemia. Ot, tak po prostu. Nie ma na nią lekarstwa, nie ma na nią szczepionki, a ona sama spokojnie zabija wielu ludzi. Kona Moskwa, Paryż, Nowy Jork. Tworzone są kwarantanny, zamykane granice, a choroba nic sobie z tego nie robi, dalej się rozprzestrzenia. Ludzie próbują uciec z zamkniętych miast, na wsiach po prostu umierają. Pośród tego wszystkiego Anna z rodziną i tak zwanymi "przyjaciółmi rodziny" decyduje się wyruszyć, a wybór celu pada na małą chatkę na pewnej wysepce. Ale droga jest długa i pełna niebezpieczeństw. Nie chodzi tylko o wirusa, ale też o skomplikowane relacje...
Mimo, że teoretycznie apokalipsa dzieje się cały czas, to jednak spokojnie można nazwać tą powieść przedstawicielem gatunku zwanego post-apokalipsą, ze względu na poziom wyniszczenia świata. Przy czym ja nazwałabym to "apokalipsą prawdopodobną" - czyli, że nie ma mutantów i strzelania, zostali tylko ludzie, ewentualnie jeszcze jakiś szalejący wirus. Strasznie spodobała mi się wizja świata - niemal jak w Drodze, tylko wcześniej. Opustoszenie, konający ludzie... Po prostu czuć to, jak bardzo jest źle. Czuć ten klimat.
W książce jest kilka głównych postaci oraz osoby napotkane "na drodze". Z początku wydawało mi się, że to absolutnie zwyczajni ludzie i będą tylko tłem dla klimatu, ale z każdą kolejną chwilą utwierdzałam się w przekonaniu, że to właśnie oni stanowią prawdziwą siłę tej historii. Są aż do bólu prawdziwi, do bólu realni. Czy to sama Anna, czy jej mąż, czy ojciec, czy inne osoby... Zwłaszcza, że jeszcze na próbę wystawia ich sytuacja i napięte relacje...
Które są kolejnym plusem tej książki. Bowiem z Anną podróżuje była żona jej męża i obecny jest motyw zazdrości, świetnie ukazany. Obserwowanie tego, jak realnie zachowują się postacie w wyniszczonym świecie było po prostu muzyką dla mojego umysłu. Obserwowanie wiszącej nad wszystkimi paranoi, która z każdą chwilą się zwiększała. To po prostu było do bólu realne.
Narratorem jest sama Anna. Zazwyczaj nie przepadam za narracją pierwszoosobową, ale tutaj nie potrafiłabym sobie wyobrazić tej książki bez niej. Tutaj różnica nie polega na zamienieniu "poszła" na "poszłam" i dodaniu paru komentarzy. Tutaj po prostu wchodzimy w mózg Anny, poznajemy dogłębnie jej myśli, wszystko, co uważa na dany temat. To kolejny przypadek świetnego realizmu w tej książce.
Trudno mi określić, na jakim poziomie jest styl autorki. Z jednej strony są boleśnie proste opisy wydarzeń, z drugiej piękne myśli... Mimo wszystko jest zdecydowanie na plus. To, że potrafiłam całkowicie wsiąknąć w ten świat, jest zdecydowanie na plus. I te myśli... Po prostu mogłam być Anną.
No dobra, bo wychodzi na to, że całkowicie chwalę, a nigdy nie jest tak, że coś jest bez wad. No dobra, zdarza się. W każdym razie... co tutaj może być wadą? Może dla niektórych brak jakiejś akcji. Zaraz wyjaśnię - nie chodzi o to, że jest nudno, bo dzieje się wiele. Po prostu osoby, które będą się spodziewały strzelania i bijatyk, nie znajdą tego. Czuję się dziwnie, że aż tak to wychwalam, bo nie spodziewałam się tego. Może po prostu bardzo przypadł mi do gustu gatunek "post-apokalipsy realnej" i wszystko co ma mocny klimat mi się podoba.
Podsumowując, to naprawdę kawał świetnej, dobrej powieści. Mocny klimat, świetne, realne postacie i relacje między nimi, ukazanie apokalipsy, dobry styl, immersja - no na co niby mam narzekać? Nie jest to pozycja dla fanów akcji sensu stricto, ale reszta, o ile do post-apo nie jest uprzedzona, spokojnie może sięgać. A ja spokojnie wystawiam... no dobra, przyznam - 10/10. Może z malutkim minusem.
sobota, 7 lutego 2015
czwartek, 5 lutego 2015
Bond: Historia Prawdziwa, czyli "Nielegalni" Vincenta Severskiego.
Do powieści zabierałam się dość długo, chociaż miałam ją wypożyczoną, a dlaczego? Jakoś tak nigdy się za cegły (tutaj 807 stron) nie mogę zabrać. Ale jak już sięgnęłam, to nie mnie nie puściło...
Agent Konrad Wolski wraca do Warszawy z zakończonej niepowodzeniem misji - miał dopaś łącznika Al-Kaidy, "Karola" vel. Safira as-Salama. Tymczasem Hans Jorgensen wypatruje w gazetach ogłoszeń, które zwyczajne wydają się tylko na pierwszy rzut oka - tak naprawdę są one zakodowanymi wiadomościami, które on odszyfrowuje. W międzyczasie umiera pułkownik Stepianowicz, a i jeszcze gdzieś się pojawia zaginione archiwum NKWD...
Sporo tego? A owszem. Owszem, czasem trochę się gubiłam, ale całość mimo wszystko była spójna i płynna, no i co najważniejsze, wszystkie wątki miały jakieś swoje "zastosowanie". No może oprócz paru fragmentów z przeszłości, dokładniej to z II wojny - chociaż sporo wyjaśniały, to spowolniały akcję i równie dobrze mogłoby ich nie być.
Chociaż sama akcja nie obfitowała w wręcz Cobenowskie zwroty akcji, to jednak czytało się świetnie i wciągała - okropnie. Zazwyczaj, gdy czytam taką cegłę nie mając wolnego czasu, żeby połknąć ją "naraz", to strasznie wolno idzie mi czytanie, zwlekam z tym... A tu co? A tu szybko. Prowadzenie akcji było na najwyższym poziomie, a sceny walki pokazane były świetnie, aż czuło się ten klimat ;) Ale chcę zaznaczyć - nie ma tu strzelanek przez cały czas, jest sporo rozmów, a zanim przejdzie się do właściwego, najciekawszego wątku trochę minie. Ale czy ten okres bez akcji sensu stricto jest nudny? No nie jest.
Bohaterów jest w cholerę albo i jeszcze więcej i muszę powiedzieć, że chociaż charakter był całkiem nieźle ukazany, to jednak nie u wszystkich. Nie ma jakiegoś super dopracowania, zwłaszcza w postaciach, które nie są główne (co nie znaczy, że od razu trzecioplanowe, epizodyczne), ale na szczęście byli przedstawieni dość realistycznie...
W historię o szpiegach udało się autorami wpleść troszkę przemyśleń szpiegów na temat szpiegostwa (Tak, to zdanie jest specjalnie tak skonstruowane), było ich mało, jak i zresztą myśli większości bohaterów i miło się je czytało, i myślę, że lepiej już, żeby było ich mało, niż żeby ich było za dużo.
Chociaż cała intryga była dość zgrabna, to z początku ją po prostu... zgubiłam. Jednak jak już się odnalazłam, to całość okazała się niezła.
Styl był dość prosty i hmmm, jakby to powiedzieć...Szorstki? Chyba to słowo będzie całkiem w porządku. Mimo tego, czytało się to wyśmienicie - po prostu czuć "czynnik ludzki" ;) Autor sam był w wywiadzie, więc raczej wie, o czym pisze.
Podsumowując - kawał dobrej akcji, może i ma parę wad - ale po prostu dobrze się to czyta, prowadzenie akcji świetne, wciąga okropnie... No 8/10 zwyczajnie.
Agent Konrad Wolski wraca do Warszawy z zakończonej niepowodzeniem misji - miał dopaś łącznika Al-Kaidy, "Karola" vel. Safira as-Salama. Tymczasem Hans Jorgensen wypatruje w gazetach ogłoszeń, które zwyczajne wydają się tylko na pierwszy rzut oka - tak naprawdę są one zakodowanymi wiadomościami, które on odszyfrowuje. W międzyczasie umiera pułkownik Stepianowicz, a i jeszcze gdzieś się pojawia zaginione archiwum NKWD...
Sporo tego? A owszem. Owszem, czasem trochę się gubiłam, ale całość mimo wszystko była spójna i płynna, no i co najważniejsze, wszystkie wątki miały jakieś swoje "zastosowanie". No może oprócz paru fragmentów z przeszłości, dokładniej to z II wojny - chociaż sporo wyjaśniały, to spowolniały akcję i równie dobrze mogłoby ich nie być.
Chociaż sama akcja nie obfitowała w wręcz Cobenowskie zwroty akcji, to jednak czytało się świetnie i wciągała - okropnie. Zazwyczaj, gdy czytam taką cegłę nie mając wolnego czasu, żeby połknąć ją "naraz", to strasznie wolno idzie mi czytanie, zwlekam z tym... A tu co? A tu szybko. Prowadzenie akcji było na najwyższym poziomie, a sceny walki pokazane były świetnie, aż czuło się ten klimat ;) Ale chcę zaznaczyć - nie ma tu strzelanek przez cały czas, jest sporo rozmów, a zanim przejdzie się do właściwego, najciekawszego wątku trochę minie. Ale czy ten okres bez akcji sensu stricto jest nudny? No nie jest.
Bohaterów jest w cholerę albo i jeszcze więcej i muszę powiedzieć, że chociaż charakter był całkiem nieźle ukazany, to jednak nie u wszystkich. Nie ma jakiegoś super dopracowania, zwłaszcza w postaciach, które nie są główne (co nie znaczy, że od razu trzecioplanowe, epizodyczne), ale na szczęście byli przedstawieni dość realistycznie...
W historię o szpiegach udało się autorami wpleść troszkę przemyśleń szpiegów na temat szpiegostwa (Tak, to zdanie jest specjalnie tak skonstruowane), było ich mało, jak i zresztą myśli większości bohaterów i miło się je czytało, i myślę, że lepiej już, żeby było ich mało, niż żeby ich było za dużo.
Chociaż cała intryga była dość zgrabna, to z początku ją po prostu... zgubiłam. Jednak jak już się odnalazłam, to całość okazała się niezła.
Styl był dość prosty i hmmm, jakby to powiedzieć...Szorstki? Chyba to słowo będzie całkiem w porządku. Mimo tego, czytało się to wyśmienicie - po prostu czuć "czynnik ludzki" ;) Autor sam był w wywiadzie, więc raczej wie, o czym pisze.
Podsumowując - kawał dobrej akcji, może i ma parę wad - ale po prostu dobrze się to czyta, prowadzenie akcji świetne, wciąga okropnie... No 8/10 zwyczajnie.
środa, 4 lutego 2015
Muzyczny Przegląd #19
Zapraszam na dzisiejszą playlistę, w której znajdziecie i post-rock, i stoner metal,powrócimy na chwilę do djentu, ale będzie też i coś żwawszego - klik!
1. Tempel - Mountain
Trudno mi nawet powiedzieć, jaki to podgatunek metalu - ale jest ciężko i ciekawie, przy tym klimatycznie. Ideał instrumentalny? Na pewno blisko tego jest, bo melodia chociaż nie zaskakuje, to intryguje i wciąga.
2. Last Chance To Reason - Apotheosis
A oto i metal progresywny, w którym połączone są czyste wokale i growl - moim zdaniem lepiej byłoby bez tego drugiego, ale jak już chcą ;) Gitara brzmi świetnie, szkoda tylko, że nie pokuszono się o ciekawsze jej użycie w partiach z czystym wokalem, który jest naprawdę ładne. Ale całość ma w sobie to coś i tym, którym to się spodobało, polecam obejrzenie reszty twórczości zespołu.
3. Lacrimas Profundere - The Shadow I Once Kissed
Gothic metal, który nie przynudza - zresztą jest krótki ;) Ale podoba mi się, refren wpada w ucho, może nie jest to arcydzieło gatunku, jednak naprawdę dobrze się tego słucha.
4. Blackfinger - Here Comes The Rain
Porządny stoner metal, z ciekawym, chwytliwym przewodzącym riffem, niezłą pracą gitary ogółem, szkoda tylko, że wokalista ma jakiś taki dziwny głos, zresztą, może to tylko dla mnie taki ma :D
5. Sawblade - Disappear
Tutaj akurat nagranie z koncertu, na playliście normalne. Na moje ucho heavy metal w wersji "zwykłej". Cały utwór wpada w ucho i jest dość prosty, no ale... chwytliwy i przez całe dnie mi "chodzi po głowie", mimo, że od strony muzycznej teoretycznie nie ma w nim nic specjalnego...
6. Cloud Nothings - Now Hear In
Po prostu rock z takim... garażowym klimatem. Aż chce się tego słuchać, bo promieniuje pozytywną atmosferą, na pocieszenie idealne.
7. Junius - Forgiving The Cleansing Meteor
Post-rock. Wspaniały, melancholijny, z nadającą klimatu delikatną melodią i wokalem oraz, dla kontrastu, mocno zaznaczonymi bębnami. No i ten wokal też tak nie do końca delikatny, bo mimo wszystko ma w sobie moc... A co się będę produkować, słuchajcie.
8. Wolves Like Us - I don't need to be forgiven.
To akurat znów dość prosty utwór, ale nie banalny. Zwrotki co prawda rażą swoją melodią, ale całość, w tym refren ma swego rodzaju magnetyzm. Trudno mi to wyjaśnić.
9. Horn Of The Rhino - Speaking In Tongues
Świetny stoner metal, z brzmieniem gitary aż miłym dla ucha. Tutaj również pojawia się parę ciekawych "głównych" riffów, ale całość brzmi o wiele lepiej niż utwór Blackfinger - głównie dlatego, że piosenka Horn Of The Rhino ma lepszy klimat oraz wokal...
10. Sister Sin - End Of The Line
Heavy metal o naprawdę "klasycznym" brzmieniu - po prostu taki oldschoolowy ;) Refren wpada w ucho, a i reszta utworu nie jest najgorsza - fani tego gatunku będą wniebowzięci, a reszcie też się powinno spodobać.
11. HUIS - Beyond the Amstel
Progresywna rzecz. Dość długo się "rozkręca", ale jak już wejdzie gitara, to nic, tylko się rozkoszować. Klimatem, brzmieniem, spokojem... A i nie ma monotonii.
12. Shadrane - Lanterns Dance
Utwór z pogranicza progresywnego metalu i progresywnego rocka - nic specjalnego, ale miło się słucha.
13. Blueneck - Lilitu
Jeśli lubicie post-rockowy ambient, to i to polubicie. Proste. Raczej osoby nieprzepadające za tym gatunkiem nie przekonają się do niego tą piosenką, ale fani - polubią i to.
14. Sithu Aye - Oceania
Coś tutaj dawno djentu nie było ;) Świetny utwór z tego gatunku - brzmienie gitary idealne, urzekająca całość...
15. Purple Hill Witch - Astral Booze
Kolejny stoner ;) Nie chce mi się powtarzać, bo ma dokładnie te same zalety, co i poprzedni utwór.
Przepraszam, że tak trochę skrótowo pisałam te opisy, ale jakoś tak... nie w formie byłam, a chciałam wyrobić się na dzisiaj... Ale przynajmniej sobie posłuchacie :)
1. Tempel - Mountain
2. Last Chance To Reason - Apotheosis
3. Lacrimas Profundere - The Shadow I Once Kissed
4. Blackfinger - Here Comes The Rain
5. Sawblade - Disappear
Tutaj akurat nagranie z koncertu, na playliście normalne. Na moje ucho heavy metal w wersji "zwykłej". Cały utwór wpada w ucho i jest dość prosty, no ale... chwytliwy i przez całe dnie mi "chodzi po głowie", mimo, że od strony muzycznej teoretycznie nie ma w nim nic specjalnego...
6. Cloud Nothings - Now Hear In
7. Junius - Forgiving The Cleansing Meteor
8. Wolves Like Us - I don't need to be forgiven.
9. Horn Of The Rhino - Speaking In Tongues
10. Sister Sin - End Of The Line
11. HUIS - Beyond the Amstel
12. Shadrane - Lanterns Dance
13. Blueneck - Lilitu
14. Sithu Aye - Oceania
15. Purple Hill Witch - Astral Booze
Przepraszam, że tak trochę skrótowo pisałam te opisy, ale jakoś tak... nie w formie byłam, a chciałam wyrobić się na dzisiaj... Ale przynajmniej sobie posłuchacie :)
sobota, 31 stycznia 2015
Nigdy nie lubiłam tej systematyki wilków, czyli "Pełnia Księżyca" Jima Butchera.
Tak, znowu druga część... Bo jak się pozaczynało te cykle, to wypadałoby też kolejne części przeczytać, a szukając chwilowej rozrywki chwyciłam po drugi tom Akt Dresdena...
Co prawda ostatnia sprawa została zakończona sukcesem, ale Dresden nadal na kasie nie siedzi, ba, bardzo mu do tego daleko. Wskutek wydarzeń z tamtej właśnie wiosny Murphy przestała się do niego zwracać o pomoc, zresztą sama ma spore kłopoty i grozi jej utrata pracy. Aż tutaj pojawia się zdarzenie, do którego nie można wezwać kogokolwiek innego niż profesjonalnego maga, Harry'ego Dresdena - brutalnie okaleczone zwłoki, ślady łap, no i do tego jeszcze pełnia księżyca... No cóż, to wszystko jednak nie okazuje się takie łatwe, niż mogłoby się wydawać.
Lubię wilkołaki i mówię tak, mimo, że nic o nich praktycznie nie przeczytałam (no dobra, Wilczy Miot, ale dobre to nie było) - toteż do tego tomu podeszłam ze sporym entuzjazmem. Samo przedstawienie wilkołaków, ich rodzajów i większości rzeczy z nimi związanymi podobało mi się bardzo i podział nie wydawał się wymuszony - nieźle był stworzony.
A teraz powiem o takim małym, maleńkim paradoksie - fabuła była bardziej dopracowana i mniej przewidywalna, a bardziej wciągnęłam się w część pierwszą. W tą w ogóle nie mogłam z początku się wciągnąć, dopiero gdzieś tak w 3/4 to się stało. A szkoda, bo zagadka kryminalna była na znacznie wyższym poziomie i nie zgadłabym rozwiązania... a może bym i zgadła, gdyby mnie chociaż troszkę zaciekawiła...
Żeby nie było, pochwalę sceny akcji - dobrze się je czytało, a akcji trochę było, nie mogę powiedzieć, że się nudziłam... Ale ideał to to nie jest.
W tym tomie zarówno mamy parę postaci z tomu poprzedniego, jak i parę nowych. Muszę powiedzieć, że o ile większość jako-tako polubiłam, tak do nikogo się zbytnio nie przywiązałam - a pojawiająca się już w tomie poprzednim Murphy działała mi na nerwy, zachowując się, przynajmniej dla mnie, nielogicznie, na szczęście pojawiała się już krócej. Przyczyną małego rozwinięcia postaci było zapewne postawienie na akcji i trudno mi powiedzieć, czy to był dobry zabieg - ja bym jednak wolała, gdybym troszkę bardziej poznała postacie, które walczą i ryzykują życie, bo większość to po prostu takie "O, umarła. No i co z tego?", niemające zbytniego charakteru, ale jednak nieirytujące. Najbardziej polubiłam chyba Alfy ( z tych nowych), a dokładniej to Billy'ego, mimo, że za wiele się nie wypowiadał.
Ponarzekałam trochę, ponarzekałam, a co z głównym bohaterem, którego poprzednio bardzo polubiłam? No nadal jest, jaki jest, nadal sympatyczny, niestety, w tym tomie zabrakło jego zabawnych komentarzy... Parę śmiesznych sytuacji było, jednak to już nie ten poziom.
Bo wyjdzie, że tylko narzekam, a to przecież zła książka nie jest. Podniósł się poziom stylu, który dobry był już poprzednio, teraz jednak czytało się jeszcze lepiej - tylko czemu tak mało tych komentarzy? Nawet przy nastawieniu na akcję, mógł przecież Harry czymś rzucić...
Podsumowując, to naprawdę nie jest zła rzecz. Po prostu poczułam się trochę zawiedziona, bo chociaż dzięki nastawieniu na akcję, nieinteresująca, chociaż złożona fabuła przestała irytować, ale bohaterowie w ogóle nie zostali rozwinięci. Sam styl się podniósł, ale zabrakło zabawnych komentarzy Harry'ego. Na pochwałę zasługuje też przedstawienie wilkołaków - chociaż niezbyt odkrywcze, to jednak odpowiadające mi. A oceną ostateczną jest... 6-/10.
Co prawda ostatnia sprawa została zakończona sukcesem, ale Dresden nadal na kasie nie siedzi, ba, bardzo mu do tego daleko. Wskutek wydarzeń z tamtej właśnie wiosny Murphy przestała się do niego zwracać o pomoc, zresztą sama ma spore kłopoty i grozi jej utrata pracy. Aż tutaj pojawia się zdarzenie, do którego nie można wezwać kogokolwiek innego niż profesjonalnego maga, Harry'ego Dresdena - brutalnie okaleczone zwłoki, ślady łap, no i do tego jeszcze pełnia księżyca... No cóż, to wszystko jednak nie okazuje się takie łatwe, niż mogłoby się wydawać.
Lubię wilkołaki i mówię tak, mimo, że nic o nich praktycznie nie przeczytałam (no dobra, Wilczy Miot, ale dobre to nie było) - toteż do tego tomu podeszłam ze sporym entuzjazmem. Samo przedstawienie wilkołaków, ich rodzajów i większości rzeczy z nimi związanymi podobało mi się bardzo i podział nie wydawał się wymuszony - nieźle był stworzony.
A teraz powiem o takim małym, maleńkim paradoksie - fabuła była bardziej dopracowana i mniej przewidywalna, a bardziej wciągnęłam się w część pierwszą. W tą w ogóle nie mogłam z początku się wciągnąć, dopiero gdzieś tak w 3/4 to się stało. A szkoda, bo zagadka kryminalna była na znacznie wyższym poziomie i nie zgadłabym rozwiązania... a może bym i zgadła, gdyby mnie chociaż troszkę zaciekawiła...
Żeby nie było, pochwalę sceny akcji - dobrze się je czytało, a akcji trochę było, nie mogę powiedzieć, że się nudziłam... Ale ideał to to nie jest.
W tym tomie zarówno mamy parę postaci z tomu poprzedniego, jak i parę nowych. Muszę powiedzieć, że o ile większość jako-tako polubiłam, tak do nikogo się zbytnio nie przywiązałam - a pojawiająca się już w tomie poprzednim Murphy działała mi na nerwy, zachowując się, przynajmniej dla mnie, nielogicznie, na szczęście pojawiała się już krócej. Przyczyną małego rozwinięcia postaci było zapewne postawienie na akcji i trudno mi powiedzieć, czy to był dobry zabieg - ja bym jednak wolała, gdybym troszkę bardziej poznała postacie, które walczą i ryzykują życie, bo większość to po prostu takie "O, umarła. No i co z tego?", niemające zbytniego charakteru, ale jednak nieirytujące. Najbardziej polubiłam chyba Alfy ( z tych nowych), a dokładniej to Billy'ego, mimo, że za wiele się nie wypowiadał.
Ponarzekałam trochę, ponarzekałam, a co z głównym bohaterem, którego poprzednio bardzo polubiłam? No nadal jest, jaki jest, nadal sympatyczny, niestety, w tym tomie zabrakło jego zabawnych komentarzy... Parę śmiesznych sytuacji było, jednak to już nie ten poziom.
Bo wyjdzie, że tylko narzekam, a to przecież zła książka nie jest. Podniósł się poziom stylu, który dobry był już poprzednio, teraz jednak czytało się jeszcze lepiej - tylko czemu tak mało tych komentarzy? Nawet przy nastawieniu na akcję, mógł przecież Harry czymś rzucić...
Podsumowując, to naprawdę nie jest zła rzecz. Po prostu poczułam się trochę zawiedziona, bo chociaż dzięki nastawieniu na akcję, nieinteresująca, chociaż złożona fabuła przestała irytować, ale bohaterowie w ogóle nie zostali rozwinięci. Sam styl się podniósł, ale zabrakło zabawnych komentarzy Harry'ego. Na pochwałę zasługuje też przedstawienie wilkołaków - chociaż niezbyt odkrywcze, to jednak odpowiadające mi. A oceną ostateczną jest... 6-/10.
czwartek, 29 stycznia 2015
Muzyczny Przegląd #18
Coś się jakoś dzisiaj zebrać nie mogłam, żeby to napisać... Ale w końcu się zabrałam, no i piszę - standardowo w czwartek ;)
1. The Sisters of Mercy - Lucretia, My Reflection
Wyjątkowo znana piosenka jak na coś, co pojawia się w przeglądzie, ale przecież nie muszę samych wynalazków prezentować ;) Głos wokalisty świetnie się sprawuje, a refren wpada w ucho - dość jednostajna perkusja nadaje... klimatu? Myślę, że o to mi chodzi. Po prostu dobrze się tego słucha.
2. Dziurawej Pół Czekolady - Anka 2013
W tym przeglądzie ponownie pojawia się coś polskiego, z pogranicza ska i rocka ;) No i ma wszystko, co lubię w tym gatunku - niby nic specjalnego, ale ma w sobie jakąś taką magię... Świetnie się tego słucha.
3. Thomas Bergersen - Immortal
Wiem, że takie przeplatanie gatunków nie jest fajne, no ale... jestem zbyt leniwa, żeby poukładać jakoś te utwory. W każdym razie, mamy tutaj utwór w stylu "epickiej muzyki do trailerów" i za taki należy go uważać - fani tego gatunku nie będą zawiedzeni.
4. Cloudkicker - Push it way up!
Cloudkicker, czyli zespół grający instrumentalny metal progresywny. Muzyka charakteryzuje się co prawda sporą powtarzalnością, ale nie nudzi - bo po prostu sam dźwięk jest świetny. Jest trochę djentowy (no i dobrze!), brzmienie gitary jest po prostu... śliczne. Na coś narzekać? Coś mi perkusja nie grała, ale to już malutka wada.
5. The Gentle Storm - Endless Sea
Spokojna, ale mająca w sobie coś świetnego i nawet miejscami mocnego, melodia. Wyróżnia się w niej przede wszystkim świetny damski wokal - głos jest piękny, a i technika nie zawodzi. Bębny nie robią nie wiadomo jakich akrobacji, ale swoim drobnym rytmem dobrze podkreślają całość. Krótko mówiąc - ma w sobie to coś, bo ta melodia + wokal to naprawdę dobre połączenie.
6. Nektar - Desolation Valley/ Waves
Nie wiem w sumie, co o tym powiedzieć. Spokojne, relaksujące, ale bez jakiegoś "efektu łał", mimo to jednak jest dobre.
7. Merkabah - The King
Tym razem pojawia się coś naprawdę nietypowego - jest to bowiem przedstawiciel gitarowego noise'a z domieszką jazzu... Chyba tak, o ile można to wydzielić gatunkowo. To utwór niesamowity, wyzwalający niesamowitą ilość emocji przy słuchaniu... Przyciągający. Nietypowy. Oryginalny. Przy czym genialnie się tego słucha, mimo wyczuwanego w pewnym sensie niepokoju i dysharmonii.
8. Dang - Sisyphus
Ciekawy progresywny utwór z pogranicza hard rocka i metalu. Na pierwszy plan wysuwa się tu gitara, która chociaż brzmi dobrze, nie jest niczym nadzwyczajnym - klimat jednak wprowadza. Wokale są ciche i wtopione w całość, co łącznie sprawia niezłe wrażenie.
9. Suicidal Tendencies - How Will I Laught Tommorow
Jest to zespół, do którego przez jakiś czas byłam uprzedzona i bardzo tego teraz żałuję ;) Gra crossover. I to bardzo dobry. Całość ma swoje brzmienie, przy tym niesamowicie wpada w ucho, a gitara jest po prostu świetna. A co ja mówię, po prostu słuchajcie tego.
10. Blackfield - End of the world
Po prostu wspaniały, niesamowity, i tak dalej melancholijny rock. Jest tak smutny, a zarazem emocjonalny i urzekający, że to coś... genialnego. Okropnie zasmuca i sprawia, że wpadam w melancholię. Ale jest piękny, mimo okropnie smutnego tekstu... meh.
11. Antimatter - Paranova
Delikatna, ale znów urzekająca melancholijna muzyka. Po prostu ma w sobie to coś, no i to się liczy...
12. Kapitan Korsakov - In The Shade Of The Sun
Relaksująca, klimatyczna melodia. Dość jednostajna, ale to w niczym nie przeszkadza, bo ma w sobie to coś, a wokal pasuje.
13. All my faith lost - Luminal
Nie ma przeglądu bez czegoś naprawdę dołującego w brzmieniu ;> Delikatne pianino świetnie dopełnia równie delikatny wokal, tworząc harmonię. Głos wokalistki jest piękny... no po prostu dobra rzecz na posmucenie się.
14. Nightwish - Islander
Spokojna, ale urzekająca ballada. Ma w sobie to coś, co sprawia, że chce się tego słuchać, mimo, że teoretycznie nie ma w niej niczego odkrywczego. Może to dźwięk gitary, może to wokal...
15. Nosound - The Anger Song
Na koniec znów melancholijna melodia z delikatnym wokalem "w tle". Niesamowicie atmosferyczna, niesamowicie klimatyczna. Po prostu.. tak.
Mam nadzieję, że miło się wam słuchało!
1. The Sisters of Mercy - Lucretia, My Reflection
2. Dziurawej Pół Czekolady - Anka 2013
3. Thomas Bergersen - Immortal
4. Cloudkicker - Push it way up!
5. The Gentle Storm - Endless Sea
6. Nektar - Desolation Valley/ Waves
7. Merkabah - The King
8. Dang - Sisyphus
9. Suicidal Tendencies - How Will I Laught Tommorow
10. Blackfield - End of the world
11. Antimatter - Paranova
12. Kapitan Korsakov - In The Shade Of The Sun
Relaksująca, klimatyczna melodia. Dość jednostajna, ale to w niczym nie przeszkadza, bo ma w sobie to coś, a wokal pasuje.
13. All my faith lost - Luminal
14. Nightwish - Islander
15. Nosound - The Anger Song
Mam nadzieję, że miło się wam słuchało!
piątek, 23 stycznia 2015
Jak tak można, panie Hitlerze, czyli "Parabellum: Horyzont Zdarzeń" Remigiusza Mroza.
A więc oto odpoczęłam chwilę od Parabellum, tylko po to, żeby teraz sięgnąć po drugi tom. Czy podtrzyma poziom? Zapraszam.
*OPIS FABUŁY TO SPOJLER DLA TYCH, KTÓRZY NIE CZYTALI PIERWSZEGO TOMU*. Leitner z pewnością poczuł się nieco oszukany, kiedy to, jak się okazało, Maria i Staszek zwiali mu sprzed nosa, z Rawicza, na dodatek jeszcze próbując zniszczyć popielniczkę o jego własną głowę. Ale i uciekinierzy łatwo nie mają - trudno im będzie raczej korzystać z fałszywej tożsamości więcej, pieniędzy brak, no i jeszcze urażony Leitner na karku. Ja tam mam inną teorię, dlaczego Christian za nimi latał, no ale... Tymczasem po nieudanej próbie odbicia Obelta, trafia on do obozu jenieckiego, a jego podkomendni starają się dotrzeć do Baranowicz - a bo Bronek postanawia odnaleźć Anielę. Wbrew ruskim. *KONIEC SPOJLERÓW*
Zacznę może od tego, że często drugie tomy wydają mi się gorsze. Pierwszy może być arcydziełem, trzeci, pięćdziesiąty również - ale drugi zazwyczaj najmniej mi się podoba. Oczywiście jest sporo wyjątków... Takich jak te. Bo tu nie dość, że powieść dorównała poprzednikowi, to jeszcze go przerosła.
A czemu? Zacznijmy od pierwszej, podstawowej zalety - akcja mnie bardziej wciągnęła. Wtedy owszem, też była, ale i bez szału, lecz tym razem po prostu całkowicie przeżywałam wydarzenia, interesował mnie tylko świat Parabellum - nawet zdarzało mi się na bieżąco komentować. A i sama akcja była po prostu bardziej interesująca - nie mogę powiedzieć, żeby w jakimkolwiek miejscu mi się dłużyła. Może to sprawka tego, że połknęłam wręcz "na raz", ale nie sądzę...
O bohaterach raczej nie mam co się powtarzać - znów jednak zachwyciło mnie to, jak ludzcy są. Niektórym kibicowałam, niektórych wygwizdywałam, a Christian x Maria stało się moim kolejnym nieoficjalnym OTP(One True Pairing). Przynajmniej wiem, że nie jestem w tym poglądzie sama, co cieszy.
Styl, chociaż już w pierwszym tomie był dobry, w tym tylko się polepszył. W luźniejszych momentach nawet miejscami śmieszny, w poważniejszych - idealnie oddawał powagę. A porównania typu "Tak skamieniał ze strachu, że mógłby dostać Oscara w filmie opowiadającym o życiu głaza." nie były wprowadzane na siłę, tylko wtedy, kiedy wydawały się potrzebne - i stanowiły świetne urozmaicenie, sprawiające, że można było się troszkę uśmiechnąć.
No i sobie to czytam, czytam, komentuję, jest po prostu "fajnie" jak diabli, strony lecą, ja się nie przejmuję, a tutaj nagle: "Co?! Co się dzieje?! Matko boska, matko boska, co dalej,co dalej?!". No i co dalej? "Ciąg dalszy w tomie trzecim". Ale jeśli ma być aż tak dobry, albo i jeszcze lepszy, to nie ma co, będę czekać. I po prostu jestem wciąż spragniona. Parabellum... A właściwie to czegokolwiek Mroza. No jak on mógł, jak on mógł skończyć w takim miejscu...
Podsumowując, może to się spodobać praktycznie każdemu, nawet osobom niegustującym w tematyce wojennej. Trzeba po prostu samemu spróbować, bo Mróz jest uzdolniony okropnie. Oby tylko nie stopniał w związku z globalnym ociepleniem. A drugi tom również dostaje 8 - tylko, że 8 z plusem ;) Czyli 8+/10.
*OPIS FABUŁY TO SPOJLER DLA TYCH, KTÓRZY NIE CZYTALI PIERWSZEGO TOMU*. Leitner z pewnością poczuł się nieco oszukany, kiedy to, jak się okazało, Maria i Staszek zwiali mu sprzed nosa, z Rawicza, na dodatek jeszcze próbując zniszczyć popielniczkę o jego własną głowę. Ale i uciekinierzy łatwo nie mają - trudno im będzie raczej korzystać z fałszywej tożsamości więcej, pieniędzy brak, no i jeszcze urażony Leitner na karku. Ja tam mam inną teorię, dlaczego Christian za nimi latał, no ale... Tymczasem po nieudanej próbie odbicia Obelta, trafia on do obozu jenieckiego, a jego podkomendni starają się dotrzeć do Baranowicz - a bo Bronek postanawia odnaleźć Anielę. Wbrew ruskim. *KONIEC SPOJLERÓW*
Zacznę może od tego, że często drugie tomy wydają mi się gorsze. Pierwszy może być arcydziełem, trzeci, pięćdziesiąty również - ale drugi zazwyczaj najmniej mi się podoba. Oczywiście jest sporo wyjątków... Takich jak te. Bo tu nie dość, że powieść dorównała poprzednikowi, to jeszcze go przerosła.
A czemu? Zacznijmy od pierwszej, podstawowej zalety - akcja mnie bardziej wciągnęła. Wtedy owszem, też była, ale i bez szału, lecz tym razem po prostu całkowicie przeżywałam wydarzenia, interesował mnie tylko świat Parabellum - nawet zdarzało mi się na bieżąco komentować. A i sama akcja była po prostu bardziej interesująca - nie mogę powiedzieć, żeby w jakimkolwiek miejscu mi się dłużyła. Może to sprawka tego, że połknęłam wręcz "na raz", ale nie sądzę...
O bohaterach raczej nie mam co się powtarzać - znów jednak zachwyciło mnie to, jak ludzcy są. Niektórym kibicowałam, niektórych wygwizdywałam, a Christian x Maria stało się moim kolejnym nieoficjalnym OTP(One True Pairing). Przynajmniej wiem, że nie jestem w tym poglądzie sama, co cieszy.
Styl, chociaż już w pierwszym tomie był dobry, w tym tylko się polepszył. W luźniejszych momentach nawet miejscami śmieszny, w poważniejszych - idealnie oddawał powagę. A porównania typu "Tak skamieniał ze strachu, że mógłby dostać Oscara w filmie opowiadającym o życiu głaza." nie były wprowadzane na siłę, tylko wtedy, kiedy wydawały się potrzebne - i stanowiły świetne urozmaicenie, sprawiające, że można było się troszkę uśmiechnąć.
No i sobie to czytam, czytam, komentuję, jest po prostu "fajnie" jak diabli, strony lecą, ja się nie przejmuję, a tutaj nagle: "Co?! Co się dzieje?! Matko boska, matko boska, co dalej,co dalej?!". No i co dalej? "Ciąg dalszy w tomie trzecim". Ale jeśli ma być aż tak dobry, albo i jeszcze lepszy, to nie ma co, będę czekać. I po prostu jestem wciąż spragniona. Parabellum... A właściwie to czegokolwiek Mroza. No jak on mógł, jak on mógł skończyć w takim miejscu...
Podsumowując, może to się spodobać praktycznie każdemu, nawet osobom niegustującym w tematyce wojennej. Trzeba po prostu samemu spróbować, bo Mróz jest uzdolniony okropnie. Oby tylko nie stopniał w związku z globalnym ociepleniem. A drugi tom również dostaje 8 - tylko, że 8 z plusem ;) Czyli 8+/10.
czwartek, 22 stycznia 2015
Muzyczny Przegląd #17
Czasem trudno mi uwierzyć, że już tak długo prowadzę ten Przegląd :D Standardowo, klik!
1. Myuu - Tiffany's Theme
Utwór niezależnego artysty specjalizującego się w mrocznych, głównie pianinowych melodiach. Ten akurat jeszcze inspirowany soundtrackiem z Silent Hilla. No co ja mam tutaj mówić - piękne. Nic, tylko zatopić się w tej niesamowitej, uzależniającej melodii...
2. Lucas King - Forever
Kolejna niezależna melodia na pianinie, tym razem dość smutna... Ale i bardzo ładna.
3. Firewind - The Longest Day
Znów troszkę smutków, ale w klimacie metalowym, co ciekawe nie jest to doom, tylko coś z pogranicza heavy i poweru. Świetne. Co tu mam pochwalić? Przede wszystkim idealny wręcz, emocjonalny wokal, gitara genialnie przebijająca się w refrenie, perkusja pojawiająca się wtedy, kiedy powinna. Świetna metalowa ballada.
4. Animations - Toxic Cyber
Polski, prawdziwie progresywny metal. Nie jest tylko kolejnym klonem Dream Theather, ma swój styl, w tym utworze widoczny znakomicie. Gitarowe wariowanie - jest, wokal w porządku(mimo nieco z początku odstającego głosu wokalisty) - jest, wniosek - można słuchać, bo sam utwór jest genialnie skonstruowany.
5. Bunkier - Chciałbym
Polski punk, czyli coś po prostu dobrego ;) Ma w sobie to coś, dobry tekst, melodią może nie powala, ale.. jak już mówiłam, coś w sobie ma.
6. Winds - Theory of Relativity
1. Myuu - Tiffany's Theme
2. Lucas King - Forever
3. Firewind - The Longest Day
4. Animations - Toxic Cyber
5. Bunkier - Chciałbym
6. Winds - Theory of Relativity
Bo kto zabroni grać metal progresywny w stylu neoklasycznym, czyli połączenie świetnej kompozycji, mocnej gitary i skrzypiec. Idealnie się wszystko ze sobą łączy, ma w sobie coś naprawdę niezwykłego - wokalista ma tutaj sporą zasługę - no i raczej tej zespół nie zatonie w setce podobnych, bo raczej mało podobnych do niego jest.
7. Age of Silence - Synthetic, Fabricated, Calculated
Metal awangardowy, czyli nie mam pojęcia, co właściwie o tym napisać - bo wszystko jest świetne ;) Ma jednak to co najważniejsze, czyli pewnego rodzaju... polot? Chyba tak można powiedzieć. Fragmenty na pianinie są świetne, gitara pasująca, a wokalista dobrze zdaje swoją robotę.
8. Circus Maximus - Glory of the Empire
Zaczynający się spokojnie, dość pozytywny utwór progresywno rockowy. Muszę powiedzieć, że chociaż nie podoba mi się przyciszenie instrumentów na zwrotkach, to jednak całość robi wrażenie.
9. Gordian Knot - Rivers Dancing
To jest świetne, chociaż właściwie nie jestem pewna, co to jest - ale na pewno jest to coś progresywnego. Niesamowita kompozycja bez wokalu.
10. Magyar Posse - III
Długa instrumentalna kompozycja, niesamowicie klimatyczna i niepowtarzalna. Atmosfera, którą posiada jest po prostu niesamowita - mimo "lekkiej" pracy instrumentów, jest po prostu... ciężko, ale i niesamowicie. Widać wpływy muzyki filmowej.
11. Warmen - Return of Salieri
I znów neoklasycznie/ progresywnie ;D Niesamowicie energiczny utwór, szkoda tylko, że gitara mało się wybija, a perkusja nic nie robi, poza zwykłym "biciem w tle"... Ale całość jest... świetna, a zwłaszcza ten keyboard.
12. Andrzej Biernacki - Ballada o Wiedźminie
Utwór inspirowany Wiedźminem - szkoda tylko, że grą, nie książką ;) Ale i tak jest ładną balladą, o spokojnej melodii. Wokal czasami niedomaga, ale pasuje do całości.
13. The Universe Divide - Of Realism - The Lead Artery
Instrumentalny, techniczny metal progresywny. Mocny, gitara gra świetnie, a i sama kompozycja, co ważne, jest równie dobra, jak jest wykonanie.
14. The Burden of Existence - The Awakening
Całkiem w porządku utwór, dobre wokale, szkoda tylko, że słaba jakość dźwięku.
15. Casual Silence - Weird Promises
Naprawdę dobry, spokojny progresywny rock. Idealny do relaksu.
No, to by było na tyle! Jutro spodziewajcie się recenzji, a ja już idę. Miłego słuchania!
Subskrybuj:
Posty (Atom)



