niedziela, 1 listopada 2015

2 razy kontynuacja, czyli "Chłopak Nikt 2" Allena Zadoffa i "Ujarzmienie" Jeffa Vandermeera.

Nie przedłużając - dwie kontynuacje, które ostatnio przeczytałam, z których jedna mi się okroopnie dłużyła ;)
Oryginalny tytuł: The Unknown Assasin #2 I am the mission
Wydawnictwo: Feeria Young
Ilość stron: 445
Gatunek: Thriller młodzieżowy













[SPOILERY Z CZĘŚCI PIERWSZEJ] Zach jeszcze niedawno był idealną bronią, produktem systemu. Nie liczyły się jego uczucia i myśli, sam się nimi nie przejmował, jednak do czasu. Na ostatniej misji przebudziły się w nim uczucia, pojawiły się wątpliwości... I chociaż wykonał zadanie, Program mu już tak bardzo nie ufa, a następna misja jest jednocześnie testem lojalności. Chłopak ma zlikwidować przywódcę parawojskowego obozu w New Hampshire. Teoretycznie łatwa misja, z nie takimi już sobie radził. Ale poprzedni żołnierz wysłany na nią nie powrócił, a wątpliwości Zacha bynajmniej mu nie pomogą... [KONIEC SPOILERÓW. NAJPRAWDOPODOBNIEJ]

Jak wcześniej, akcja kręci się wokół misji, którą Zach ma wykonać. Teraz jest jednak nieco inaczej, ponieważ pojawia się więcej wątpliwości, zapoczątkowanych przez zakończenie tamtej misji, ale poza tym - więcej pytań o to, czym jest Program, jaki jest ich cel... Mimo to jakichś dużych przemyśleń, dylematów moralnych nie ma. Jest za to tajemnica. Niby fajnie, bo całkiem zgrabna, ale i dobrze by było, jakby od czasu dodać tej książce trochę głębi...

Mimo wszystko tajemnica zdecydowanie na plus, na minus jest jednak schematyczność. Rozwiązanie jest niemal powielone z tym z pierwszej części. Nawet, jeśli były teoretycznie inne możliwości, autor nie postarał się o to, żeby rozbudzić ciekawość, dociekliwość, poszukiwanie innych ścieżek... fabuła była przez to, jakby to nie brzmiało, cokolwiek liniowa. Na dodatek nawet postacie nie były tak ciekawe, jak w pierwszej części. Powraca Howard, który nadal jest sympatyczny - ale jeśli chodzi o nowe postacie, czyli np. dzieci Moore'a, Mirandę i buntowniczego Lee, to raczej są... bezbarwni. Nie przywiązałam się do nich zbytnio.

Wszyscy na świecie podporządkowujemy się jakiemuś programowi, wszystko jedno, czy ustalonemu przez szkołę, rodziców, pracę, społeczeństwo. Jest tylko pytanie komu albo czemu postanowią się podporządkować. Większość ludzi nawet nie zdaje sobie sprawy, że ma wybór, więc brnie ślepo przez życie, zastanawiając się, czemu są tak nieszczęśliwi, skoro robią wszystko, jak należy.

Chłopak Nikt jako seria ma jednak w sobie to coś. Nie wiem, jak to czytam, czuję się, jakbym grała w naprawdę dobrą, chociaż trochę liniową grę, po prostu ma taki klimat... Tak więc mimo, że drugi tom jest gorszy, to nadal zachowuje klimat - i jednak po kolejny, ostatni sięgnę ;)

 Oryginalny tytuł: Authority
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 380
Gatunek: Fantastyka
















Najpierw zapraszam na recenzję Unicestwienia ;) A teraz UWAGA, POTENCJALNE SPOJLERY Z PIERWSZEJ CZĘŚCI. Ostatnia ekspedycja wróciła prawie w całości. W Strefie X zaginęła tylko psycholożka, ale pomimo tego, że reszta przybyła, trudno mówić o jakichkolwiek postępach, ponieważ kobiety nic nie pamiętają. Tymczasem dowodzenie w Southern Reach, podupadłej rządowej organizacji, przejmuje niejaki Kontroler. Czy jemu uda się coś zdziałać? Czy on też zawiedzie? POTENCJALNY KONIEC SPOILERÓW

Tak, to jest książka, która mi się dłużyła. Ale nie mogę powiedzieć, że jest nudna, nie w całości. Zacznę więc może od wytłlumaczenia: pierwsze 200 stron były świetne. Akcja toczyła się co prawda wolno, stała wręcz w miejscu, ale jednak było w tym coś, co zmuszało do kombinowania, myślenia, łączenie faktów... później jednak przyszło znużenie, nie mogłam się skoncentrować na fabule, czułam tylko znużenie, po to, aby 60 stron przed końcem dostać istnego szoku.


Ta część jednak nie licząc nużyzn jest zupełnie inna, ale to nie znaczy, że gorsza. Na uwagę przede wszystkim zasługiwało psychologiczny aspekt pokazania postaci. I tu dzieje się rzecz dziwna - mało postaci jest naprawdę wyrazistych, książka przedstawia raczej pewne wzorce, postawy (ale nie schematy) i poddaje je różnym interakcjom... i to było naprawdę ciekawe.


Tego rodzaju myśli trzeba trzymać na dystans i jednocześnie je podsycać, jeśli człowiek jest w stanie podołać takiej sztuce. Nie można dać im się pochłonąć, lecz trzeba brać je pod uwagę.

Podsumowując, choć ta część jest gorsza - nie da się jednak przymknąć oka na te dłużyzny - to jednak również ma swój klimat. Książka dostaje 7/10.

  

 

poniedziałek, 26 października 2015

Nie(efektywni) pogromcy duchów, czyli "Anna we krwi" Kendare Blake.

Powiem szczerze, że jak wypożyczyłam tę książkę, to nie miałam pojęcia o czym ma być, a nie brałam jej na ślepo. Ktoś ją gdzieś polecił, zobaczyłam w bibliotece, przeczytałam. I muszę powiedzieć... że mam cokolwiek... sprzeczną opinię, ale o tym dowiecie się zaraz ;)
Oryginalny tytuł: Anna dressed in blood
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 320
Gatunek: Fantastyka















Cas Lowood jest z pozoru jednym z wielu nastolatków uczęszczających do liceum, ale w przeciwieństwie do nich, nie myśli ani o przeżyciu "byle do piątku", ani o własnej przyszłości. Myśli o swoim obecnym zawodzie, a zajmuje się zabijaniu umarłych, którzy po własnej śmierci nie mogli zaznać spokoju i, kurczowo trzymając się jednego, silnego uczucia towarzyszącemu ich ostatnim chwilom, nie zamierzają teraz pozwolić na naturalną śmierć innym osobom. Jego najbliższe zlecenie wskazuje na wręcz legendarnego ducha, zwanego Anną we Krwi. Nikt, kto ją spotkał, nie przeżył. Casa postanawia jednak oszczędzić, a on, ze świadomością, że to istota, z którą wcześniej nie miał do czynienia, zamierza wypróbować wszelkie metody, aby ją pokonać...

 Powiem szczerze, że nie wiedziałam z czym mam do czynienia, zanim zaczęłam to czytać. Co prawda znajoma po przeczytaniu opisu wiedziała, że coś jest na rzeczy, ale próbowałam to od siebie odrzucić... a o co chodzi? Okazuje się bowiem, że "Anna we krwi" to żadna tam fantastyka z dreszczykiem, a z lekka przerysowane, trochę humorystyczne paranormal romance, czyli gatunek, od którego odrzucała mnie sama konwencja i którego nigdy nie zamierzałam próbować... no cóż, różne są zrządzenia losu. Muszę jednak powiedzieć, że... nie było aż tak źle, jak się spodziewałam. Gdy się wątek romantyczny pojawił (rzecz jasna Anna/Cas, innych paranormalnych par tutaj nie było :p) to nawet odebrałam go na swego rodzaju plus, bo wtedy już przyzwyczaiłam się do nieco komiksowej konwencji powieści, jednak w miarę jego rozwoju wzrastałam w irytacji, aż podczas "finalnej konfrontacji" sięgnęła ona zenitu. Nadal nie jest to masakra, lecz żeby z tej części powieści czerpać przyjemność, trzeba na trochę rzeczy przymknąć oko.

Jak się jednak przedstawia akcja samej powieści, odkładając na bok wątek romantyczny? Muszę powiedzieć, że mnie wciągnęła, chociaż oryginalnością nie grzeszy. Pojawia się parę tajemnic do rozwiązania, na których rozwiązanie miałam mnóstwo pomysłów, a niestety okazało się, że autorka wybrała te najbanalniejsze, chociaż w jednym miejscu było nawet zaskoczenie, ale niestety tylko lekkie. Jeśli zaś chodzi o styl, ten jest niezły, przyjemny, i, co było dla mnie chyba największym plusem, pełen odniesień do popkultury, dzięki czemu często uśmiechałam się pod nosem i strony wręcz same się przewracały ;)

Trzeba wspomnieć o tym, że w Polsce nie zostanie wydana druga część. Historia dziejąca się w tej książce teoretycznie dobiegła końca, ale autorka zostawiła dość szeroką furtkę do następnej części i miałabym ochotę ją przeczytać. Tylko że właśnie, wydana nie została.


Niemożność wyboru nie wydaje się uczciwa, ale gdy można wybrać wszystko, wcale nie jest łatwiej.

 Podsumowując, jest to książka skierowana tylko i wyłącznie na rozrywkę. Nie mam nic przeciwko temu, ale wtedy, gdy jest to tak dobrze zrealizowane, jak chociażby w Aktach Dresdena, gdzie oprócz wciągającej fabuły mamy świetne postacie i brak IRYTUJĄCEGO wątku romantycznego. Generalnie jeśli chodzi o wciągające, humorystyczne fantasy rozgrywające się we współczesnym świecie, polecam raczej "Front burzowy". Jeśli chodzi o paranormal romance - ja się nie znam, ale podejrzewam, że są lepsze pozycje z tego gatunku. Co prawda dobrze się czytało, ale z każdej strony są lepsze pozycje, a ta oryginalnością nie grzeszy. Dostaje 6/10 - głównie ze względu na to, że mnie mimo wszystko wciągnęła.


 

wtorek, 20 października 2015

Zatopione w niepamięci, czyli "Przekleństwa niewinności" Joffreya Eugenidesa.

Zaciekawiła mnie. Kropka, więcej pisać nie będę tutaj... po prostu przeczytajcie dalej, co to za książka...
Oryginalny tytuł: The Virgin Suicides
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 240
Gatunek: Literatura współczesna













  
Lata 90', małe miasteczko w pobliżu Detroit. Każdy kojarzy ten klimat. I w tym miasteczku pięć pięknych sióstr Lisbon zamiast wyszaleć się jak na swój wiek przystało, siedzi praktycznie bez możliwości choćby wyjścia na randkę z powodu ich surowych, apodyktycznych rodziców, aż pewnego dnia samobójstwo popełnia najmłodsza z sióstr - Cecilia. Pozorny porządek runął, a wraz z utratą kontroli nad życiem, i otoczenie rodziny Lisbonów staje się coraz bardziej zaniedbane, jakby będąc symbolem postępującej autodestrukcji. A gdy pozostałe siostry odbierają sobie życie, wiadomo już, że to było coś nieuchronnego.

Często Lisbonki zachowują się niezrozumiale. Tak samo z otoczeniem. Jednak "niezrozumiale" w sposób życiowy. Nie rozumiemy dlatego, że ich właściwie nie znamy bądź nie chcemy zrozumieć... A tutaj główną rolę odgrywa to, co wszystkim w głowie gra. Dostajemy skrawki, z których próbujemy cokolwiek wywnioskować... a odpowiedź, nawet w rzadkich momentach, gdy wydaje nam się, że wreszcie coś znaleźliśmy, nawet wymyka nam się z rąk.

Kto zawinił? To pytanie przewija się przez całą książkę, a im bardziej wzrasta niepokój i świadomość nieuchronnego, tym bardziej pragniemy poznać odpowiedź. Czasem nawet się łudzimy, że coś jeszcze można zrobić, chociaż wiemy, jak wszystko się skończy. A im dalej w lekturze, tym więcej potencjalnych tropów, tym więcej zamazanych drogowskazów, niejednoznaczności...

I chociaż to tylko 240 stron, to ich ciężkość sprawiła, że mimo krótkiego czasu lektury, wydawało się, jakby przeżyło się o wiele więcej, niż w 1000 stronowej cegle. Tą książkę się doświadcza, a nie czyta. Odczuwa, a nie poznaje. I chociaż dziwimy się zachowaniu otoczenia, które nijak nie słyszy niemego wołania o pomoc, czasem przeraża też myśl, czy aby sami się tak nie zachowujemy. Pojawia się wiele pytań, o wiele więcej, niż jest na nie odpowiedzi. Śmiem powiedzieć, że w tej książce żadnej odpowiedzi nie znalazłam...

Zasadniczo mamy tu do czynienia z marzycielką. Kimś pozbawionym kontaktu z rzeczywistością. 

Polecam ze wszech stron. Ta książka nie kończy się z momentem zamknięcia, ona wciąż powoli wlecze się za nami. I nawet, gdy trudno nam to przyznać, otwiera pewne bramy w naszym umyśle, których nijak nie da się już zamknąć. Szokuje, ale z celem. Zdecydowanie świetna książka, zasługująca w pełni na 9/10.


 

piątek, 16 października 2015

Maskując przeszłość teraźniejszością, czyli "Szklany tron" Sarah J. Maas.

Tak, to jest książka, która może spokojnie aspirować do miana typowej młodzieżówki. Więc czemu ja to czytam, kiedy z młodzieżówkami zapoznaję się tylko w przypadku, gdy są "w starym/innym stylu", gdy chcę się przekonać, że mi się to nie podoba, gdy zaciekawiają mnie niebotycznie wysokie opinie lub gdy pomysłem wydaje się oryginalna? Tutaj niby jest trochę oryginalnie, ale bez szału. Więc czemu to chciałam przeczytać? Nie wiem, ale nie żałuję. I nie uciekajcie, widząc, że to młodzieżówka.
Oryginalny tytuł: Throne of Glass
Wydawnictwo: Uroboros
Ilość stron: ok. 520
Gatunek: Fantastyka młodzieżowa















Celaena Sardothien w młodym wieku straciła obojga rodziców, a bieg wydarzeń zmusił ją do podjęcia szkolenia na zabójczynię. Mając 17 lat i reputację jednej z najlepszych zabójczyń, zostaje zesłana na dożywotnie prace w kopalni, ponieważ przyłapano ją na próbie zabójstwa. Po cudem przetrwanym roku w Endovier (tak się bowiem to miejsce nazywało) dostaje propozycję od księcia krainy Adarlanu, Doriana - może zostać wypuszczona na wolność, jeśli weźmie udział w turnieju o tytuł Królewskiego Obrońcy, wygra go i przez 4 lata będzie służyć królowi. Podczas trwających zawodów ktoś morduje po kolei zawodników. Czy Celaenie uda się odkryć, kim jest morderca, zanim sama zostanie ofiarą?

Nie wiem jak wy, ale ja w dzieciństwie (albo raczej w okresie szkoły podstawowej) zawsze lubiłam wyobrażać sobie, że jestem wojowniczą księżniczką, noszę ze sobą dwa sztylety, zabijam złych ludzi, mam wspaniałych przyjaciół, którzy podążają ze mną przez góry i doliny, a poza tym rzecz jasna jestem piękna, młoda i radzę sobie w każdej sytuacji. I mimo, że troszeczkę lat minęło, to jednak ten ideał w pewien sposób przetrwał i wydaje mi się, że między innymi dlatego pokochałam Ciri z Wiedźmina czy Aryę z Pieśni Lodu i Ognia. A dlaczego o tym piszę? Bo Celaena w pewien sposób przypomina właśnie ten "wzór" :D No bo mamy zdolną, piękną, sarkastyczną zabójczynię, która ma i swój romans, i poznaje przyjaciół... ale w sumie, czy jest w tym coś złego? Owszem, bohaterki typu Mary Sue często irytują, ale tutaj jakoś mnie nie irytowała (albo raczej - nie z tego powodu; lekko denerwowała mnie, ale to dlatego, że w prawdziwym życiu też by tak robiła, po prostu jej charakter mi nie podpasował). Podejrzewam, że po prostu ze względu na sposób jej skonstruowania, na to, że te zalety nie były podkreślane, nie wysuwały się na pierwszy plan (mimo, że Celaena często zaznaczała swoje zdolności), a poza tym sarkastyczność, nawet, jak nie zawsze śmieszna, to jednak tworzyła z niej taką trochę typową bohaterkę młodzieżówki. Raczej specjalnie nie intrygowała, ale przynajmniej nie powodowała absolutnej irytacji.


W sumie prawie wszystko z tej książki przypomina mi takie dawne marzenia, tylko lekko zmienione. Jest wyidealizowany książę, który absolutnie irytuje (niech umrze), zazwyczaj w moich myślach był obiektem mojej pogardy, tutaj jednak jest z nim romans, który jest tak do bólu młodzieżówkowy, że ja go zdzierżyć nie mogłam. Na dodatek mamy kapitana gwardii, który z kolei jako postać jest absolutnie przecudowny (brak ironii), zapewne w marzeniach byłby moim wybrankiem, i wątek jego miłości, który nie dość, że niedenerwujący, to na dodatek rozczulający :3 Niestety, pojawił się trójkąt romantyczny... całe szczęście, że został rozwiązany naprawdę ładnie.

Czyli jakie błędy młodzieżówek już mamy? Idealna bohaterka, trójkąt miłosny, została jeszcze jedna ważna kwestia. Kreacja świata. Generalnie o nim nie wiemy zbyt wiele. Jest coś napomknięte o wierzeniach, magicznych istotach, ale na razie praktycznie nic nie poznaliśmy (co jest w sumie zrozumiałe, bo wydaje mi się, że więcej będzie w następnych częściach). Można więc ponarzekać na zniszczenie potencjału świata przedstawionego, ale nie irytuje to, bo większość akcji dzieje się na zamku, z dala od polityki poza intrygami dworskimi, więc praktycznie nie skupiamy się na tym. To, co mnie NAPRAWDĘ irytowało, zwłaszcza na początku, to to, że świat to takie paraśredniowiecze bądź coś w tym stylu, a czułam się jakbym czytała o współczesności w dekoracjach.


No i kurczę... mogłabym niby dać teraz podsumowanie i powiedzieć, że to mimo wszystko zwykła młodzieżówka i powiela sporo błędów tego gatunku, ale to nie byłby pełny obraz. Bo mimo ciężkiego początku i paru schematów ta powieść po prostu wciąga. Nawet, jeśli fabuła nie jest specjalnie rozbudowana, to i tak miłym urozmaiceniem i główną siłą napędową do turnieju jest "tło" (które wręcz znajduje się na pierwszym planie) - czyli morderstwa, intrygi dworskie i magia. Nawet, jeśli rozwiązanie wydaje się łatwe, to i tak myślałam o tym, że może jednak jest inaczej. Autorka potrafiła utrzymać w niepewności i po prostu ANGAŻOWAŁA.


Lubię muzykę - rzekła powoli - ponieważ gdy... gdy jej słucham, zatracam się w sobie, jeśli wiesz, o co mi chodzi. Jestem wówczas jednocześnie pełna i pusta, czuję jak ziemia drży i wypiętrza się pod moimi stopami. Kiedy zaś sama zaczynam grać... Cóż, wreszcie tworzę, a nie niszczę. 

Może i nie jest powieść, która skłoni do namysłu, ale jest to powieść, która przedstawia naprawdę ciekawą historię. Nie wniesie nic specjalnego, ale bohaterów się zapamięta. Takie książki też są potrzebne, bo pozwalają poczuć, że żyjemy innym życiem. No i książka ma jeszcze plusa za odezwanie się do nostalgii - dostaje więc 8,5/10 ;)

 

środa, 14 października 2015

Śmiertelnie groźne wychowanie, czyli "Księga cmentarna" Neila Gaimana.

W sumie to nic ciekawego w związku z tą książką nie było. Po prostu wraz z moim poznawaniem twórczości Neila Gaimana i zobaczeniem tej pozycji w bibliotece postanowiłam przeczytać ;)

Oryginalny tytuł: The Graveyard Book
Wydawnictwo: Mag
Ilość stron: 280
Gatunek: Fantastyka















Pewnego dnia zabita została praktycznie cała rodzina. Nikt nie wie dlaczego, nikt nie wie przez kogo. Mężczyzna z kruczoczarnymi włosami nie zdołał jednak całkowicie wypełnić swojego zadania. Z domu wydostało się najmłodsze dziecko, wtedy jeszcze niemowlę. Cud sprawił, że dotarło na cmentarz, gdzie...zaopiekowały się nim duchy. 

I w ten sposób Księga Cmentarna jest swoistą kroniką dorastania Nikta (tak bowiem chłopak zostaje nazwany, w skrócie Nik). Składa się z opowiadań ukazujących kolejne etapy w jego życiu... I tu trzeba powiedzieć o pierwszych schodach. Nie wiem czemu, ale tej książki Gaimana po prostu "nie poczułam". Po prostu zabrakło mi atmosfery, ale mam pojęcia, czy to kwestia mnie, czy książki. Często wydawała mi się jakaś toporna, jakby Neil Gaiman miał naprawdę fajny pomysł (bo jest świetny, serio!), ale niezbyt wierzył w jego realizację, więc napisał z morałem, rzemieślniczo, ale bez przekonania.

Na dodatek bardzo denerwowała mnie epizodyczna struktura powieści. Normalnie opowiadania mi nie przeszkadzają, ale w takich przypadkach po prostu czuć te postacie, czuć wiarygodność. Tutaj natomiast... no po prostu nie potrafiłam się zaangażować. Bohaterowie teoretycznie byli dobrze skonstruowani, ale praktycznie to dopiero w przedostatnim rozdziale zaczęłam się przejmować ich losami. Zdecydowanie pomogłoby w zżyciu z postaciami napisanie tej książki jako całość, nie jako opowiadania, wtedy jednak zabrakło by elementu pokazania dorastania...

Który jest ważny z tego względu, że to książka skierowana głównie do tzw. młodszej młodzieży. I praktycznie każde z opowiadań kończy się jakimś morałem, nawet, gdy nie podanym dosłownie, to jednak bardzo zauważalnie. Tutaj jest właśnie główna "młodzieżowość" książki ukazana, bo w całej reszcie może się spodobać, ale jednak choćby trochę starsi nie odkryją w niej nic nowego. Chociaż pewnych rzeczy może uświadomić.


Ale ty nie, ty jesteś żywy, Nik. To znaczy, że masz nieskończony potencjał, możesz zrobić, co tylko zechcesz, stworzyć, co zechcesz, marzyć, o czym zechcesz. Jeśli zmienisz świat, świat się zmieni. Potencjał. Gdy umrzesz, to wszystko przeminie. Dobiegnie końca. Stworzysz już wszystko, co miałeś stworzyć, wyśnisz swój sen, zapiszesz swoje imię. Możesz zostać tu pogrzebany, możesz nawet krążyć po cmentarzu, ale twój potencjał się wyczerpie.

Krótko mówiąc, to książka naprawdę dobra, ale dla "młodszej młodzieży". Im się naprawdę spodoba, ja jednak tego po prostu nie poczułam. Warto było - dla paru cytatów, pomysłu i pewnej Scarlett Amber Perkins. Więc zastanówcie się, czy ciekawi was pomysł, bo wtedy warto sprawdzić. Mamy fragmenty rozbudowanego świata, no ale właśnie - tylko fragmenty. Mimo wszystko można spróbować.


 

czwartek, 8 października 2015

Wybierając życie, wybierasz też śmierć, czyli "Dziewczyna z pomarańczami" Josteina Gaardera.

Kiedyś i gdzieś usłyszałam osobę, która tak chwaliła tę książkę, jakby przeczytanie jej przez innych było celem jej życia. Wtedy wydawało mi się, że nie jest ona dla mnie, ale mimo to, jak tylko zobaczyłam pomarańczowy grzbiet i tytuł, od razu ją skojarzyłam i postanowiłam wypożyczyć!
Oryginalny tytuł: Appelsinpiken
Wydawnictwo: Jacek Santorski & Co
Ilość stron:  179
Gatunek: Literatura młodzieżowa















Nawet nie wiem, jak zacząć, żeby nie zepsuć magii tej książki. Może tak. Wyobraźcie sobie, że gdy macie 4 lata, umiera wam ojciec, co skutkuje tym, że paręnaście wiosen później praktycznie go nie pamiętacie. A dlaczego mimo to ta osoba jest taka ważna? Bo znajdujecie od niego list, bardzo długi list, w którym opowiada o swoim życiu, śmierci i miłości do tajemniczej Dziewczyny z pomarańczami.

Wiele jest książek o miłości. Miłości od każdej strony, szczęśliwej, nieszczęśliwej, odwzajemnionej, nieodwzajemnionej, normalnej, zakazanej... I czasem w tym spektrum wyświechtanych motywów i schematów (co ciekawe zazwyczaj starających się sprawić, aby książka była oryginalna), brakuje miejsca na miłość urokliwie normalną. Bez dramatów, mrocznych tajemnic z przeszłości, kłótni oraz trójkącika z wampirem i wilkołakiem, ale i bez wyidealizowania, rozwiązujących się samodzielnie kłopotów oraz dni spędzanych na oglądaniu jeziora. Tu jest za to miłość w swej zwyczajności nadzwyczajna, tak jak i każda zwykła historia jest właściwie inna. Miłość oddana, zawzięta i to... to jest po prostu niesamowite. 

Nie próbuj mi wmawiać, że natura nie jest cudem. Nie opowiadaj mi,
że świat nie jest baśnią. Ktoś, kto jeszcze tego nie zrozumiał, być może
pojmie to dopiero wtedy, gdy baśń zacznie się kończyć. Wówczas
człowiek ma ostatnią szansę na zerwanie klapek z oczu, ostatnią okazję
na to, by przetrzeć oczy ze zdumienia, ostatnią możliwość, by ulec
temu cudowi, z którym trzeba się pożegnać i który trzeba opuścić.

Ale, co nawet widać na okładce, opowieść to nie tylko o miłości, ale i o śmierci. Łączenie tych dwóch wątków też nie jest samo w sobie odkrywcze, ale - jak i poprzednio - autor podchodzi do tego nieco inaczej, niż można to często znaleźć. Tutaj owszem - w pewnym momencie nadchodzi śmierć i owszem, można trochę popłakać. Ale nie jest tak, jak w wielu. Że kończy się książka, popłaczemy nawet i 2 godziny, może nawet dojdziemy do jakichś wniosków, ale to będzie "no coś smutnego się stało" i na tym koniec. Tutaj natomiast po zakończeniu mamy ochotę, aby żyć jak najlepiej...

Książka ta ma swoją strukturę, która dla mnie jest po prostu idealnie wyważona. Wstęp z perspektywy głównego bohatera, wstęp listu od ojca, wtręty głównego bohatera, historia z listu, wtręty ojca... Po prostu nie tylko poznajemy historię, ale czasem czytamy też wstawki, niektóre chociaż wydają się nic nie znaczyć, tak naprawdę są ważne. Nie wspominając już o samej narracji w liście, która wspaniale nakierowuje na niektóre wątki, dzięki czemu, przez pewien okres idealnie czuć narastający niepokój, czuć to, jak świat się wręcz zawala, ale i autor nie popada w pesymizm, właśnie dzięki tej narracji. Im dalej w książce, tym więcej pojawia się przemyśleń, drogowskazów... Po prostu ta książka to żywa kopalnia cytatów oraz nawet nie cytatów, ale wyjątkowych momentów. Magicznych momentów. Bo autor pisze w ten sposób, że nawet tym zagubionym w dzisiejszym życiu świat zaczyna wydawać się piękny...

Nikt ze łzami w oczach nie żegna się z geometrią Euklidesa czy z systemem okresowym pierwiastków. Nikt nie roni łez dlatego, że ma zostać odcięty od Internetu albo tabliczki mnożenia. Człowiek żegna się ze światem, z życiem, z baśnią. Żegna się także z niewielkim kręgiem ludzi, których kocha.

Książka niesamowita. Taka krótka, a tak treściwa. Wydawałoby się, że to 180 stron to mało na przekazanie historii, a tutaj i to robi, i jeszcze przekazuje dużo treści własnej. Może i nawet jest to prosta historia, ale ma w sobie coś z rytmu baśni, opowieści. Tylko że takiej, która opowiada o prawdziwym życiu. I nawet nie wiem, co jeszcze powiedzieć. To po prostu książka, którą każdy musi samemu sprawdzić.

niedziela, 4 października 2015

Czas mija, czyli "Fabrykantka aniołków" Camilli Lackberg.

Jest to ostatnia część cyklu kryminalnego Lackberg, którą mam w domu (a ostatnio jeszcze nowa wyszła), więc postanowiłam ją w końcu przeczytać. Na blogu można przeczytać recenzję "Niemieckiego bękarta""Syrenki" oraz "Latarnika"... I o ile pierwsze części mnie zachwycały, tak z późniejszych zachwyciła mnie tylko "Syrenka" i szczerze mówiąc bałam się, że przy "Fabrykantce" będzie jeszcze gorzej. A jak wyszło? Przeczytajcie.
Oryginalny tytuł: Anglamakersan 
Wydawnictwo: Czarna Owca
 Ilość stron: ok. 600
Gatunek: Kryminał
















Dawno temu, na Valo, małej wyspie w pobliżu Fjallbacki, mieścił się ośrodek kolonijny. Pewnego dnia jednak zniknęła z niego cała rodzina, oprócz najmłodszej córki, Ebby. Policja nie daje sobie rady, nie było bowiem wtedy takich możliwości, jak teraz, a i nie znaleziono żadnych śladów. Obiad wciąż leżał na stole, wszystko w idealnym porządku... a jednak prawie całej rodziny nie ma. Sprawę zostawiono, a po wielu latach Ebba wraz z mężem postanawia wrócić na wyspę i wyremontować ośrodek. Niedługo po rozpoczęciu prac remontowych ktoś podpala dom, a parze ledwo udaje się przeżyć...

No okej, czyli mamy zagadkę. I tutaj pojawia się pierwsza wada. Camilla Lackberg nigdy co prawda nie powalała pędzącą z prędkością światła akcją, ale w tej powieści to już po prostu przesada! Praktycznie zaczęło się coś dziać w 3/4 książki. Nawet przy "przegadanych" częściach cyklu wolno postępujące śledztwo nie przeszkadzało mi aż tak bardzo, bo za to był interesujący wątek obyczajowy, ale tutaj... nic się nie dzieje ciekawego. Nie potrafiłam się zaangażować, a zazwyczaj to było najsilniejszą stroną powieści Lackberg.

Bo po prostu w postaciach coś nie wyszło. Nawet, gdy nie były zbyt oryginalne, to jednak chociażby po jakimś czasie zaczęły mieć swoją indywidualność, a tutaj... po prostu mdłe,  a niektóre to wręcz kalki wcześniejszych. W przypadku głównych postaci zabrakło jakiegokolwiek rozwoju, zaczęły wręcz razić przerysowaniem, trochę też wyolbrzymieniem - które wcześniej też było obecne, ale bez przesady, dzięki czemu wtedy nadawały charakterystyczność bohaterom. Tak to te wątki obyczajowe mogły być choć trochę interesujące, gdyby nie postacie...

A co z wplecieniem historii do teraźniejszości? Tutaj jest już dwojako. W kwestii jej roli w śledztwie i współczesnej akcji powieści, jest jak najbardziej dobrze. Natomiast wspomnienia z przeszłości były... nudne i łączyły się w zbyt oczywisty sposób z główną fabułą. Zabrakło swoistej tajemniczości, tej atmosfery...

Wielkiego plusa ma za to Camilla za rozwiązanie zagadki. Było może nie w całości zaskakujące, ale za to po prostu "mocne" i przez tą ostatnią ćwiartkę książki czułam, że to nadal ta Lackberg, którą pokochałam. Na dodatek parę tajemnic nie zostało wyjaśnionych, ale zostało to zrobione w nieirytujący sposób, który wręcz karze zastanawiać się o tych paru rzeczach, o których najprawdopodobniej nigdy się nie dowiemy...
  
 Od dziecka i wariata człowiek zawsze dowie się prawdy.
 
Podsumowując, jest to zdecydowanie najgorsza część cyklu (to znaczy... nie wiem jak z najnowszą, ale słyszałam, że jest lepsza, i to bardzo)... Kompletnie się nie zaangażowałam. Niby trochę wynagrodziło mi to zakończenie, ale tylko troszeczkę. Książka dostaje 5/10 i liczę na to, że "Pogromca lwów" przywróci mi wiarę w Camillę Lackberg ;)


 

wtorek, 29 września 2015

Zagrać o najwyższą stawkę, czyli "Wayward Pines. Bunt" Blake'a Croucha.

Tony czasu temu przeczytałam pierwszą część serii Wayward Pines, która jakby nie patrzeć mi się podobała, chociaż zakończenie z jednej strony było prośbą o więcej, ale i niepokojem o jakość części kolejnej. No i z okazji promocji w Znaku zakupiłam :D
Oryginalny tytuł: Wayward
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 372
Gatunek: Fantasy/ Science-Fiction 















[Uwaga, potencjalne spojlery z pierwszej części] Ethan Burke jeszcze chwilę temu nie wierzył, że mógłby stać się jednym z nich, jeszcze chwilę temu nienawidził ich za to, że za wszelką cenę utrzymywali tajemnicę, nie mógł się pogodzić z permanentną inwigilacją... A teraz jest szeryfem miasteczka Wayward Pines i tym razem to on ma za zadanie pilnować, by nikt nie odkrył prawdy. Mimo wszystko nadal jest tym samym Ethanem Burke i nie może się pogodzić z tym wszystkim. Teraz ma większe pole działania, a nienawiść do systemu z każdą chwilą rośnie, jego gniew płonie coraz bardziej... [Koniec potencjalnych spojlerów. Chyba.]

Muszę przyznać, że ciekawym, ale i niezbędnym zabiegiem, było zdecydowane zmienienie "osi" książki. Jak w pierwszej części fabuła skupiała się na odkrywaniu tajemnicy, chorobliwym poszukiwaniu prawdy, wręcz popadaniu w obłęd, tak tutaj autor - zgodnie z nową funkcją głównego bohatera - skupia akcję na bardziej metodycznym szukaniu rozwiązania, próbie nawet planowania, ale i pokazuje, że zmiana perspektywy sytuacji nie zmienia. W tym tomie Blake próbował nawet wprowadzić element psychologiczny, jeszcze bardziej pokazać, jak życie w Wayward Pines zmienia mieszkańców... Ponadto już samo pokazanie akcji z innej perspektywy jest samo w sobie pomysłem ciekawym. A jak wyszło jego wykonanie, to zobaczycie.

Niestety... muszę powiedzieć, że mimo wszystko dość mocno wynudziłam. Momentami miałam przeczucie, że gdyby wyciąć wszystkie dłużyzny, książkę dałoby się skrócić przynajmniej o 1/3. Wcale nie pomaga tutaj wciśnięcie wątku kryminalnego - sam w sobie jest zdecydowanie nie potrzebny, a i okropnie zrobiony. Banalny, bez żadnej głębi psychologicznej, ba, nawet nie wciągał. Strasznie słaby, dobrze, że to był tylko jeden wątek, i to raczej poboczny. Nawet jeśli miała to być wymówka do dalszego rozwoju akcji, nie usprawiedliwia to jej słabości.

Ponadto styl Blake'a zaczął mnie strasznie denerwować. Jest po prostu... okropnie suchy. Ta historia naprawdę miała potencjał, i o ile w pierwszej części jeszcze mu wyszło, tam pióro pasowało do akcji, tak tutaj "urywane" zdania, brak dłuższych opisów sprawił, że trudno było mi się wczuć, i nawet mimo próby pokazania psychiki, tylko czasami się udawało. Na dodatek, jakby na ironię - nawet nieźle wykreowane postaci (chociaż zidentyfikować to się z nimi za bardzo nie da) mieszają się z kilkoma nowymi, które są po prostu cholernie płytkie (chyba każdy, kto to przeczytał, wie o kim mówię)...

Chwilami widzi się kochane osoby takimi, jakimi są naprawdę: wolne od bagażu projekcji i wspólnych historii. Widzi się je świeżym okiem, jak obcy, i udaje się pochwycić uczucie, które towarzyszyło zakochaniu. Zanim pojawiły się łzy i słabe punkty. Kiedy istniała jeszcze możliwość doskonałości.

 No i jak na złość, po prostu nie mogę całkowicie ochrzanić tej książki! Bo mimo dłużyzn występujących przez tak jakoś 2/3 książki, inna perspektywa była ciekawa (o wątku kryminalnym możemy zapomnieć), czasem pojawiała się uczuciowość, no i kurczę, jakieś ostatnie 100 stron czytałam po prostu z zapartym tchem, bo w końcu coś się ruszyło! Tak więc powieść jest gorsza niż część pierwsza, ale po zakończenie i tak zamierzam sięgnąć. 6/10. 

 

sobota, 26 września 2015

Przespać swoje życie, czyli "Senność" Wojciecha Kuczoka.

Tą książkę po prostu pożyczyłam, bo wydawała się interesująca. I muszę przyznać, że nieco się bałam zacząć ją czytam - po prostu nigdy w sumie nie czytałam powieści całkowicie z tego gatunku. Ale już wiem, że bać się nie ma co.
Wydawnictwo: W.A.B.
Ilość stron: 248
Gatunek: Literatura obyczajowa
















Adam. Z zawodu lekarz, poza zawodem nieujawniony homoseksualista. Boi się przede wszystkim reakcji rodziny, która by go raczej na pewno nie zaakceptowała. I tak się składa, że niezbyt szczęśliwie zakochany w pewnym chłopaku z tak zwanego "złego środowiska". Róża. Kiedyś znana aktorka, od czasu wyjścia za mąż za świetnego bankiera nie tylko powoli zaprzestała pracy, ale i małżeństwo nie wiodło się zbyt dobrze, a Róża wkrótce zachorowała na narkolepsję.Robert. Tak zwany pisarz niepiszący. Kiedyś wydał bestsellera, ożenił się, ale szybko po prostu popadł w stagnację. Wypalił się, a jego dnie wypełniało siedzenie w pokoju z widokiem na ludzkie nogi oraz robienie wyimaginowanych prac porządkowych, byle mieć spokój od swojej żony. Już dawno by odszedł, zmienił środowisko, gdyby nie to, że po prostu jest spłukany. Żyje na rachunek teściów małżonki, a jego powieść, mimo, że nadal się sprzedaje, to nie na tyle, by go utrzymać...

Krótko mówiąc, mamy trzech ludzi. Niekoniecznie takich jak my, bo sytuacja nie jest taka typowa. Ale tylko zmieńmy dane - imię, zawód, środowisko - i zostaje to, co często dotyka większości z nas. Rzecz jasna, najbardziej "zidentyfikują się" z powieścią ci z dużym bagażem doświadczeń. Ale nawet młodzież (co widać po moim przykładzie) też może się jakoś odnieść, chociaż może nie w takim stopniu. Bo zdarza się, że nie możemy czegoś zmienić. Po prostu coś nas wiąże. 

Dobra, kończymy pogaduszki, jak się do tego odnosi książka? W tym miejscu chyba muszę wtrącić coś o stylu. Wojciech Kuczok pisze na pewno nietypowo. Może się to podobać lub nie, mnie się podobało, bo przynosi pewien rodzaj świeżości. A jak pisze? Po pierwsze - używanie trzeciej osoby czasu teraźniejszego, czego nigdy wcześniej nie spotkałam. Po drugie - niesamowicie długie zdania, ciągnięcie opowieści. Po trzecie, co wynika z pierwszego i drugiego - ciekawy sposób narracji, którą można by było określić słowem "filmowa". Sprawia wrażenie jakiejś takiej spójności, sprawia, że opowieść się ciągnie, łączy, płynnie przechodzi z jednego wątku w drugi. I właśnie to najbardziej mi się w nim podobało. Ma jednak tą wadę, że autor często używa nietypowych związków, konstrukcji językowych, eksperymentuje z językiem i o ile to samo w sobie jest jak najbardziej na plus, to jednak czasem używa tego w nieodpowiednich momentach i wywołuje to raczej komiczny efekt, mimo tego, że moment jest akurat smutny.

Natomiast jeśli chodzi o samą opowieść, to jest w sumie dosyć prosta, ale charakteru nadaje jej przede wszystkim sposób opowiedzenia. No i przede wszystkim - to nie jest powieść, która za jedyny cel postawiła sobie wyciśnięcie jak największej ilości łez. To powieść, która ma dać do myślenia, albo nawet i bardziej wprost przekonywać, w czym pomaga realistyczna konstrukcja zarówno postaci, jak i rozwoju wydarzeń. Nie napełnia wyimaginowaną ekscytacją, ale pokazuje. I daje nadzieję.

(...) ludzie tak naprawdę mogą mieszkać tylko w innych ludziach, wie, że depresja to nic innego, jak bezdomność, na depresję cierpią ludzie, którzy nie mają w kim mieszkać (...)

Nie jest to jednak powieść idealna. To powieść, która ma naprawdę dużo plusów, ale brakuje w niej miejscami jakiejś personalności. Czasem wydaje się, jakbyśmy obserwowali wydarzenia nie z bliska, ale przez mgłę. Niczym w śnie. Ta powieść mogła być wybitna - a jest "tylko" prześwietna :p Bo mimo wszystko nie jest to lektura bez celu. "Senność" dostaje naprawdę mocne 8/10.

 

niedziela, 20 września 2015

W pogoni za marzeniami, czyli "Gwiezdny pył" Neila Gaimana.

Generalnie po przeczytaniu "Nigdziebądź" zwyczajnie MUSIAŁAM sięgnąć po cokolwiek Neila Gaimana, a że to było w domu... to się szczerze mówiąc bałam, czy może nie będzie gorsze, czy się nie zawiodę, ale w sumie od razu się rzuciłam na książkę, bo nie chciałam marnować czasu.
Oryginalny tytuł: Stardust
Wydawnictwo: Mag
Ilość stron: 245
Gatunek: Fantastyka















 Żył sobie Tristan Thorn, syn Dunstana Thorna. Jego ojcowi obiecano kiedyś, że spełni się jego pragnienie; ale nie wiadomo kiedy, bo ta obietnica mogła przejść nawet na pierworodnego, albo i na dalszego potomka. Wróćmy jednak do Tristana. Mieszka on w wiosce Mur, która oddziela magiczny świat od normalnego... murem. Jest niesamowicie zakochany w niejakiej Victorii Forester, która to na jego uczucia zbytnio nie zważa. Pewnego dnia jednak razem zobaczyli spadającą gwiazdę, a wybranka Tristana stwierdziła, że zrobi wszystko, co on chce, jeśli tylko przyniesie jej właśnie gwiazdę. Nie zastanawiając się długo, chłopak wyruszył do magicznej krainy, lecz nie będzie to takie łatwe. Jest bowiem więcej osób chcących zdobyć gwiazdę...

Muszę pochwalić Neila Gaimana za to, że znów potrafił wytworzyć taki charakterystyczny, niesamowity klimat, nie powtarzając swoich pomysłów z innych książek (a przynajmniej tych, które dotychczas czytałam)... Tutaj zdecydowanie czuć było baśń. Można by narzekać, że momentami jest naiwnie, a zakończenie jest idealistyczne, ale czuć zdecydowanie, że to nie jest zabieg bez celu. Bo ta książka chyba miała taka być.

Tym razem nie jestem tak zachwycona, jak w przypadku "Nigdziebądź" czy nawet "Oceanu na końcu drogi". Co mi przeszkadzało? Prosta niczym drut konstrukcja fabuły. O ile jest przyjemna, tak po prostu czasem wydaje się zbyt banalna. No proszę was. "Idziemy w tą-wracamy-o nie, przeszkoda!-wracamy dalej-o nie, przeszkoda!". Niby w "Nigdziebądź" było trochę podobnie, ale tam to wszystko obroniło się wieloma zwrotami akcji oraz ogólną konwencją, która po prostu "wciągała" w szaloną podróż. Tutaj nie można powiedzieć, że zdarzenia były przewidywalne, ale może po prostu nie sprawiały wrażenia zaskoczenia.

Ale całość się broni ostatecznym wydźwiękiem. Właśnie tym idealizmem, o którym wspomniałam. Bo - co w sumie jest chyba największą zaletą, jaką może mieć książka - po prostu "Gwiezdny pył" wpływa na człowieka. Raczej nie przemebluje mózgu, ale doda przynajmniej taką cegiełkę.  I to taką zdecydowanie na plus, bo motywuje. Nie tyle pokazuje, co przez tą książkę, ten klimat aż chce się marzyć. I chce się wierzyć. I chce się spełniać te marzenia, wierzyć, że się spełnią. Po prostu książka idealna na chandrę :p 

W życiu nieczęsto zdarzają się podobne chwile - chwile, gdy wiemy, bez cienia wątpliwości, że naprawdę żyjemy, czujemy powietrze w płucach, mokrą trawę pod stopami, dotyk bawełny na skórze; chwile, gdy żyjemy całkowicie teraźniejszością i nie liczy się przyszłość ani przeszłość.

 W sumie ta książka jest niesamowicie prosta. I w swej prostocie po prostu urokliwa, chociaż czasem wydawała się banalna, ale bez niepotrzebnego wydłużania. Tą największą wadę nadrabia jednak klimatem. I pozytywnym ładunkiem emocji. Nawet jeśli ktoś jest daleki od bycia idealistą, to myślę, że choć trochę się tym od Gaimana zarazi. Polecam osobom, które lubią tego autora, natomiast ci, którzy go jeszcze nie poznali - do zapoznania z "Nigdziebądź" marsz! Ocena - 7/10.

 

wtorek, 15 września 2015

Raz na wozie, raz pod wozem, czyli "Nigdziebądź" Neila Gaimana.

Pewnego letniego dnia, wybrałam się na standardowe oglądanie książek w Empiku. Miałam kupić tylko gazetę, ale na dziale fantastyka urzekła mnie wspaniała okładka i zapewniający wyjątkowe doznania opis... w ten sposób poznałam "Ocean na końcu drogi". Podobał mi się i to dość bardzo, ale nie sięgnęłam od razu po kolejne powieści Neila Gaimana. Wiedziałam jednak, że kiedyś sięgnę. No i ten czas nadszedł.
Oryginalny tytuł: Neverwhere
Wydawnictwo: Mag
Ilość stron: 320
Gatunek: Fantastyka















Wyobraźcie sobie, że...  w sumie jesteście tacy, jak inni. Macie nawet satysfakcjonującą pracę, mieszkanie i narzeczoną (czasem trochę męczącą, ale jednak), niespecjalnie chcielibyście czegoś innego. Aż tu pewnego dnia, idąc na kolację z wspomnianą wcześniej dziewczyną, widzicie na chodniku ranną dziewczynę i czując naturalną potrzebę pomocy, zabieracie ją do domu i robicie, co może. Tymczasem już następnego dnia nie macie narzeczonej, pracy ani mieszkania. Macie za to dwóch zabójców na zlecenie na karku.

Bo okazało się, że dziewczyna ma na imię Drzwi (nie bez powodu zresztą) i pochodzi z jakby alternatywnego Londynu - Londynu Pod - jednakże w pewnym sensie przenikającego się z tym normalnym. I to jest bardzo w skrócie, bo świat wymyślony przez Gaimana jest po prostu niesamowity! Nawet nie chodzi o samą koncepcję, ale strukturę całej książki. Wielu rzeczy się o nim dowiadujemy, sporo wiemy o bohaterach, relacjach między nimi, ale i tak kwintesencją "Nigdziebądź" są wszechobecne pytania, tajemnice. Nie jest to ten typ, gdzie wydaje się, że autor na siłę wciska jakieś niewiadome, próbując stworzyć nastrój tajemnicy, a w rezultacie tylko irytując. Tutaj to po prostu postępuje naturalnie, bo Gaiman sprawia, że całkowicie wsiąkłam w ten świat. I po prostu byłam głównym bohaterem, który o Londynie Pod wie tyle, co nic i dopiero wszystko zauważa, odkrywa. I niektóre rzeczy zostają tajemnicami nawet po skończeniu książki... chociaż podejrzewam, że jakby się wczytać, to by można odpowiedzi znaleźć. I ten zabieg mi się bardzo podobał.

I równie dobry był klimat, jaki Neil tutaj wytworzył. Miejscami klaustrofobiczny, miejscami wręcz było czuć tą "nietypowość"... Chyba to wszystko leży po prostu w kunszcie autora, bo nie mogę się nadziwić, jak mocno odebrałam tą książkę. Jak bardzo trafia. Nawet, jeśli wydaje się być tylko rozrywkową powieścią, to jednak ma w sobie głębię, chociaż nie tak oczywistą. Albo w sumie, ta książka to takie pudełko wypełnione cukierkami, ale z podwójnym dnem. Czytasz, jesteś zachwycony smakiem cukierków. Kończysz, widzisz niespodziankę na dnie. Możliwe też, że zauważysz, że pudełko jest z podwójnym dnem - i otwierając je, spotkasz jeszcze ważniejsze przemyślenia, refleksje...

Może teraz trochę o samej książce. Nigdy nie przepadałam za motywem podróży z punktu A do punktu B, w międzyczasie może trochę lawirując oraz napotykając różne przeszkody, ale tutaj... po prostu jest to tak dobrze zrobione, że się nawet tego nie zauważa! A przy tym bardzo pomagają świetni bohaterowie. Jest ich dużo, ale i tu w książce Neila nie ma wady, która często przy dużej ilości postaci występuje - po prostu zlewają się oni w jedno. Natomiast tutaj jest to świetnie rozegrane, bo każda postać, która pojawia się częściej niż raz i to na jednej stronie, czymś się wyróżnia.

Większość chwali tą powieść za humor, i ja się do nich dołączę, bo choć nie był on najważniejszym punktem programu, bez niego "Nigdziebądź" nie byłoby tą samą książką. Genialnie napisane dialogi (szczególnie rozmowy między wspomnianymi wcześniej zabójcami), zabawny ogólnie rzecz biorąc styl, czasem i trochę absurdu... no ideał ;)

I tymi słowami można by w sumie podsumować całą książkę. "No, ideał". Może i jakieś wady są, ale ja tu ich nie widzę. Jestem absolutnie, całkowicie zakochana w "Nigdziebądź". Polecam wszystkim, bo nawet jeśli nie lubicie tego gatunku, to warto spróbować. A ocena... chyba się domyślacie, nie? ;)
 

poniedziałek, 14 września 2015

O tym, jak wygląda internet, czyli "Wzrok" Roberta Sawyera.

Generalnie poznanie tej książki zawdzięczam kochanej, bardzo taniej księgarni w moim pięknym mieście zwanej Tak Czytam :D Zobaczyłam okładkę, stwierdziłam, że opis jest nawet ciekawy - i to w połączeniu z ceną wynoszącą 4,5 złotego sprawiło, że kupiłam, no bo czemu nie. No i czy na dobre wyszło mi kupienie praktycznie "na ślepo"? Zobaczycie.
Oryginalny tytuł: Wake
Wydawnictwo: Solaris
Ilość stron: 402
Gatunek: Fantastyka















Generalnie akurat przy tej pozycji, nie ma za bardzo co sugerować się okładką. Piętnastoletnia, niewidoma od urodzenia Caitlyn pewnego dnia dostaje informację o tym, że możliwe jest odzyskanie jej wzroku poprzez implant. Niespodziewanie okazuje się, że technologia pozwala widzieć jej... procesy zachodzące w wirtualnym świecie. Tymczasem w zupełnie innej części świata, w Chinach, rząd decyduje się na ekstreminację kilku tysięcy ludzi, po czym próbuje to zamaskować, odcinając od świata swoją część internetu. Jak już o internecie mowa - budzi się w nim pewna... świadomość, która pragnie nawiązać kontakt. Jest jeszcze jeden wątek, raczej mało znaczący - a mianowicie, szympans komunikujący się z ludźmi migowym zaczyna przejawiać niespodziewane zdolności artystyczne.

Czyli wątków mamy cztery. Według opisu na okładce, łączą się one, tworząc, cytuję "zaskakującą całość". Co do zaskakiwania, to jeszcze o tym będzie, ale przede wszystkim, jedyne co się tu łączy, to wątek Caitlyn i świadomości w sieci. O Chinach jest sporo na początku, aż w pewnym momencie po prostu jest urwany... co jednak nie jest żadnym problemem, gdyż dzieje się to akurat w momencie, kiedy główny wątek jest najbardziej interesujący, szczerze mówiąc nawet udało mi się wtedy o innych zapomnieć. Jeśli chodzi o ostatni wątek - bywają tam śmieszne momenty, natomiast w całości nie angażuje i jest niemal zbędny, przynajmniej w tej części trylogii.

Zajmijmy się więc głównym wątkiem. I kurczę... nie jestem pewna, co powiedzieć. Bo teoretycznie nie ma tu wartkiej akcji, a często nawet są, również teoretycznie, przynudzające fragmenty. Ale to po prostu wciąga, między innymi dzięki naprawdę dobrze przedstawionemu światowi. W sumie nawet nie wiem dlaczego. Bo nawet jak bohaterowie się specjalnie nie wyróżniają, to jednak świetnie napisane dialogi sprawiają, że czyta się naprawdę genialnie. Ogólnie styl jest jak najbardziej na plus, jest nie tylko przyjemny, ale i zabawny. Z tego co wiem, niektórzy narzekają na używanie naukowych pojęć i nijakie wyjaśnianie ich - ze swojej perspektywy uważam, że nie jest to żaden problem. Może i przy niektórych naprawdę mocno naukowych fragmentach rozumiałam tak sobie, ale jednak rozumiałam na tyle, żeby ogarnąć o co chodzi i czytać z przyjemnością...

Trzeba jednak dodać, że fabuła jest na nierównym poziomie. Owszem, wspominałam o tym, że się naprawdę wciągnęłam i to jak najbardziej prawda, tylko, że w pewnym momencie wydarzenia gwałtownie zwalniają i po prostu mogą przynudzać. Ja co prawda akurat przeczytałam "z rozpędu", ale kogoś, kogo nie wciągnęła aż tak całość, końcowa część może odrzucić.

Może i nie brzmię w tej akurat recenzji specjalnie entuzjastycznie, ale to naprawdę dobra książka! Mimo wszystko nie polecam kupienia jej za pełną cenę, czy nawet za 30 złotych, bo zwyczajnie rzecz biorąc można się naciąć. Ponadto wydaje mi się, że ta książka, mimo, że nie skierowana typowo do młodzieży, to właśnie im (jak i mnie) się bardziej spodoba. Bo czasem po prostu czuć tu naiwność, a dla niektórych akcja może być niewystarczająco wciągająca. Nie zmienia to faktu, że jednak jest interesująca, zabawna i dobrze poprowadzona. I zdecydowanie zamierzam sięgnąć po drugi tom, który już zakupiłam ;) Zdecydowanie za szybko się pierwszy czytało. Ocena? 7/10. Mimo wszystko naprawdę dobrze się czytało, a podczas lektury wad nie zauważałam.

PS. Do mieszkańców Kielc - w Tak Czytam na Sienkiewicza jest aktualnie spora kupa Wzroków za 4,5 złotego, można kupić ;) 


 

piątek, 11 września 2015

Smutna prawda, czyli "Król szczurów" Jamesa Clavella.

Długo zabierałam się do lektury tej książki. Chociażby dlatego, że nie szukałam specjalnie, a nigdzie się nie natknęłam przypadkiem, do czasu... aż się natknęłam przypadkiem, w bibliotece :p W sumie wiedziałam, czego się spodziewać, ale podchodząc do lektury, nie miałam żadnych wymagań. A co z tego wyszło? Zapraszam na recenzję.
Oryginalny tytuł: King Rat
Wydawnictwo: Vis-a-vis/Etiuda
Ilość stron: ok. 480
Gatunek: Literatura historyczna/obozowa















O czym więc jest ta książka? Mówiąc najprościej, o życiu w obozie jenieckim. Oparta na doświadczeniach autora, który został wysłany na wojnę do Malezji. W wyniku biegu wydarzeń musiał ukrywać się w dżungli i żyć w malezyjskiej wiosce. Do czasu, aż schwytany przez Japończyków trafił do obozu jenieckiego Changi. Niewielu w nim przeżyło, wyniszczeni przez głód, tropikalne choroby oraz zwyczajny trud życia. Jamesowi udało się jednak przeżyć, a opierając się na jego przeżyciach napisał tą książkę - Króla szczurów.

Generalnie... zwykły opis nie oddaje bogactwa tej książki. Powieść jest napisana tak, że zwraca uwagę na drobne szczegóły. Pokazuje, że one też są ważne. Konfrontuje dwa światy - chociażby Króla (który jako jedyny żyje na poziomie, dzięki pieniądzom z handlu) oraz strażnika Greya, żyjącego w biedzie, głodzie, nienawiści do Króla oraz desperacji. Pojedyncze wydarzenia, które nie wpływają na losy świata, potrafią zawalić mały świat paru osób. Ta książka... po prostu daje do myślenia, i to niesamowicie.

Pomaga w tym niejednoznaczność postaci. Właściwie nie da się nikogo ocenić, bo każdy ma swoją prawdę, każdy swój punkt widzenia. I chociaż niektórzy wybierają tak, a inni inaczej, to nie zawsze da się stwierdzić, co jest lepsze. Charakterologicznie - niesamowicie, bo nawet 3 strony poświęcone jakiemuś pobocznemu bohaterowi sprawiają, że znamy już jego historię, motywację, stan. I to jest niesamowite.

Tak samo niesamowicie pokazane są przemiany. Na początku Król oraz kapitan Marlowe (czyli niejako główny bohater, alter-ego autora) znają się tylko z widzenia, do czasu aż jeden wybawia z opresji drugiego. Wraz z rodzącą się przyjaźnią widać przemiany, a niejako "ukoronowaniem" zarówno postaci Króla, jak i całej powieści jest
czas, gdy wojna się już skończyła. To też pokazuje niejako starcie rzeczywistości... niesamowite. 

Mimo wszystko, wnioski są nie tylko pesymistyczne, bo autor daje też trochę nadziei. Daje też pomyśleć o sprawach takich, jak przyjaźń. Niby coś będącego częścią rzeczywistości - lecz w ekstremalnych warunkach niepewna. To wszystko podane nie na tacy, to wszystko do odkrycia samemu. Bez moralizatorstwa. Do przemyślenia.

I to wszystko James opisuje znakomicie. Barwne, niedłużące się opisy sprawdzają się znakomicie, zapoznają z więzienną rzeczywistością. Błyskotliwe dialogi. Przede wszystkim umiejętność wyrażenia uczuć, nie pisząc nawet wprost. I to wszystko w połączeniu z ciekawą akcją, głębią charakterów, niejednoznacznością - sprawia, że ta książka jest  w każdym calu znakomita. Polecam absolutnie każdemu, nawet niegustującym w takich klimatach. Dorwałam, przeczytałam, pokochałam. 10/10.

 

Trochę Wenecji, trochę Facebooka, czyli "Carnivia. Bluźnierstwo" Jonathana Holta.

Jak dziwnie by to nie brzmiało... przez ostatni tydzień za dużo czytałam, przez co narobiłam sobie zaległości na blogu. Przepraszam (o ile ktoś to czyta :D) i obiecuję poprawę, naprawdę!

Oryginalny tytuł: The Abomination
Wydawnictwo: Akurat
Ilość stron: 395
Gatunek: Kryminał














Muszę powiedzieć, że nasłuchałam się całkiem sporo pochwał dotyczących tej książki. I muszę też powiedzieć, że trudno mi będzie napisać tą recenzję. Bo niby ma w sobie wszystko, co kryminał powinien mieć (oraz ma też trochę wad), to trudno mi wypowiedzieć się jednoznacznie pozytywnie.

Może zacznę jednak od początku - jest kryminał, mamy więc morderstwo, do tego raczej nietypowe - ofiarą jest kobieta w szatach katolickiego księdza. Na jej ciele znajdują się dziwne symbole. Gdy śledztwo zaprowadziło kapitan karabinierów Kat Tapo do opuszczonego szpitala, ze zdziwieniem odkryła, że na ścianie namalowane są te same znaki. Niedługo po tym dostaje ona rozkaz umorzenia śledztwa. 

Akcja w książce pokazana jest z głównie trzech perspektyw - wspomnianej już kapitan Kat Tapo, amerykańskiej żołnierki Holly Boland (która zostaje zapytana o akta z dawnych lat dotyczących sprawy Dragana Korovika) oraz hakera, który stworzył portal Carnivia - internetową Wenecję, coś w stylu Facebooka, tylko z zachowaniem prywatności,  bez mikrotransakcji i w 3D. Na początku każda z "ścieżek" ma swoją tajemnicę, czy dotyczy ona śledztwa, czy tego, że ktoś akt próbuje się pozbyć, czy też tego, że do Carnivii ktoś próbuje się włamać.

Zaczyna się jak najbardziej dobrze, chociaż może niezbyt angażująco. Z czasem jednak zagadka wydaje się... zbyt skomplikowana (nie wierzę, że to mówię), po prostu za dużo wątków na raz, co zaczyna po prostu męczyć. Ja jak najbardziej lubię skomplikowane kryminały, ale nie do tego punktu, że trudno się skupić, a co dopiero ogarnąć to wszystko...I nawet trudno mi powiedzieć, czy to wszystko jest interesujące. Bo właściwie to jest interesujące, tak rzeczowo patrząc... nawet miejscami byłam autentycznie zainteresowana... ale po prostu zagadka jako taka mi wisiała, nawet nie chciało mi się jej śledzić. Rozwiązanie jednakowoż było satysfakcjonujące, chociaż na wiele pytań nie ma jeszcze odpowiedzi (no bo w końcu o czymś muszą być te dwa pozostałe tomy?).

Autor broni się jednak postaciami. Chociaż kapitan Kat Tapo była dość irytująca, to dla reszty brnęłam przez meandry fabularne... Jest tu w sumie pełny zestaw bohaterów "potrzebnych", aby czytało się dobrze, chociaż w większości o jakiejkolwiek "głębi" trudno mówić. Mam jednak wrażenie, jakby autor nie mógł się zdecydować, czy zrobić "całkowity" kryminał/thriller, czy dodać dużo wątków obyczajowych. Jak najbardziej jestem za takimi pod warunkiem, że stanowią ciekawe uzupełnienie, chwilę oddechu, są interesujące oraz po prostu dobrze poprowadzone. Tutaj natomiast mamy do bólu irytujący i sztywny wątek romantyczny, który jest tak niepotrzebny, jak tylko mógłby być.

Uh... nie wiem co o tym napisać. Bo trzeźwo rzecz biorąc, to naprawdę dobra książka. Dlaczego więc może niekoniecznie mi się nie spodobała - bo spodobała - ale po prostu nie wywarła żadnego wrażenia? Nie mam pojęcia, czegoś tu brakowało. Wydaje się być książką napisaną od linijki, będąc miksem popularnych patentów na ciekawą intrygę. No nie wiem, po prostu... mam mieszane zdanie. Nie wiem więc, jaką ocenę wystawić. Interesuje cię temat? Bierz. Nie interesuje i liczysz tylko na dobrą lekturę? Nie bierz, bo to książka absolutnie zbędna.