niedziela, 7 grudnia 2014

Zabić, przetrwać, czyli Monster.

             W sumie od dość dawna miałam zamiar zabrać się za ten film, ale dopiero kompletnie wolne niedzielne popołudnie pozwoliło mi go obejrzeć, zajmując się tylko i wyłącznie nim, no i co z tego wyszło? Że szukam nowych filmów o seryjnych mordercach... Rzecz jasna opartych na faktach.
            Aileen jest prostytutką odkąd skończyła 13. rok życia, ogólnie miała spierniczoną sytuację rodzinną, jest biedna i można by powiedzieć, że nie ma w jej egzystencji żadnych plusów. Jest zmęczona wszystkim, ma ochotę skończyć ze sobą, ale postanawia pójść do baru, żeby chociaż wydać te ostatnie 5 dolarów. Pije sobie i pije, a tu co? Przysiada się do niej młoda dziewczyna, Selby, dzięki której Aileen znowu ma chęć do życia, razem są szczęśliwą parą, gdyby nie to, że tak łatwo nie jest. Problemy związane z brakiem akceptacji, pieniędzy i pragnieniem zerwania z prostytucją prowadzą do pierwszego zabójstwa, a potem już tylko dalej i dalej...
           Zacznijmy może od gry aktorskiej, bo jest ona... no co tu dużo mówić, genialna. A właściwie najlepsza jest Charlize Theron, grająca Aileen. Nigdy się zbytnio nie zastanawiam, kto kogo gra, ale jak zobaczyłam, jak wygląda "zazwyczaj", a jak w tym filmie oraz jak wyglądała prawdziwa osoba, to stwierdziłam - łał. Ale nie samą charakteryzacją stwierdza się o odegraniu roli, bo rzeczą jest to, jak ta Charlize genialnie wcieliła się w Aileen. Zarówno słowa, jak i mimika, gesty... Aktorka nie grała postaci, ona nią była.  Reszta obsady grała dobrze, ale Charlize zdecydowanie "zdobyła" film.
          Historia oparta jest na faktach, nie wiem, jak bardzo zgodna jest z rzeczywistością, podejrzewam, że standardowe "sporo będzie prawdziwe, ale trochę dorobimy". No i znowu rozgadam się o Aileen, bo to w końcu o niej ten film i znowu mnie coś zachwyci, a mianowicie fakt, że (przynajmniej ja to tak odebrałam) nie próbowano "wybielić" morderczyni, pokazywano motywy, ale nie usprawiedliwiano. No i tak było dobrze. Przez cały czas myślałam o tym, co jej w głowie siedzi, a *zwłaszcza przy ostatnim* to, z jak zimną krwią zabijała, wstrząsała. W każdym razie, wypadła bardzo przekonująco, tak samo, jak jej partnerka, Selby. Tutaj znowu dodam o tym, że film nie ocenia, film przedstawia, daje nam sądzić o postępowaniu bohaterek to, co chcemy.
          Właśnie, jak mowa o nich, to przecież ważny jest tutaj ich związek, będący dość ważnym elementem i tutaj troszkę (lecz wciąż mało) zgrzyta, początek wydawał się dość sztywny, te dialogi... potem już za to było dobrze, mimo, że obydwie mocno różniły się od siebie i dość często źle im było razem, to jednak pasowały do siebie i samą miłość (?)... też dobrze pokazano.
         Muzyka niczym się nie wyróżniała, nic mi w ucho nie wpadło i chociaż pomagało to skupić się na historii, to dobrze dobrany soundtrack mógłby dodać dużo klimatu filmowi. O właśnie, korzystając z okazji, napomknę o jednej z wad - mimo tego, że jest porządny i z pewnością na długo go zapamiętam, to nie miał... Hmm, jakby to określić... wydźwięku? Nie wiem.
        Jest to dramat biograficzny i przyznam, wycisnął mi łzy (zresztą nie jest to zbytnio trudne), ale co najważniejsze, po obejrzeniu nie stwierdziłam "No fajne było, trochę sobie popłakałam, teraz o tym zapomnę", tylko cały czas rozmyślam nad znaczeniem niektórych gestów i nad postaciami, nad ich działaniami.
       Film trwa ok. 1,5 godziny, właściwie to 15 minut więcej, ale chodzi o to, że moim zdaniem zbytnio skrócono - środek jest w porządku, ale opowieść zyskałaby, gdyby wydłużyć koniec oraz trochę początek, głównie jednak ostatnie minuty wydawały mi się skrócone i niedomówione.
     No co tu dużo mówić... Myślałam, że będzie dobre, ale bez przesady, a tutaj jest... nie arcydzieło, ale coś więcej, niż tylko bardzo dobre. Rewelacyjna gra aktorska i oddanie psychiki, ale niepotrzebne skróty, jednak najważniejszą rzeczą jest chyba to, że nadal o filmie myślę. 9-/10.

sobota, 6 grudnia 2014

Siedzieliśmy razem i patrzyliśmy na drzewa, czyli Pamiętnik.

           Nigdy za romansami  nie przepadałam. Same wątki o tej tematyce tolerowałam, mogły być nawet dość ciekawe, ale nie wyobrażałam sobie czytania książki, w której chodzi tylko o miłość. Ale ostatnio napadło mnie uczucie, że muszę przeczytać jakieś romansidło. Wiele słyszałam o Sparksie, rodzina też mi go reklamowała jako "Tego, co pisze takie wyciskacze łez", no a w domu miałam właśnie ten tomik. Tomik - bo zaledwie 200 stron...
             Noah,spokojny, uwielbiający poezję młodzieniec pewnego lata spotyka Allie i błyskawicznie się w sobie zakochują. Miłość jest wspaniała, ale dziewczyna musi wyjechać, a spotykają się razem dopiero po 14 latach, kiedy to jest ona już zaręczona z prawnikiem, Lonem... Czy ich związek przetrwał próbę czasu?
              Wydaje mi się, że odpowiedzi można domyśleć się od razu i fakt faktem , książka nie zaskoczyła mnie niczym, kompletnie niczym. Jednakże, narracja dzieli się jakby na dwie części: opowiadaną historię właśnie tej miłości i na kawałki z punktu widzenia staruszka czytającego tą historię kobiecie, którą się "opiekuje" w domu starości.  Przeważa ta pierwsza, druga to głównie ostatnie 50 stron.
              Książka o miłości powinna, moim zdaniem, rozczulić i sprawnie pokazać ten wątek, nie sprawiając przy okazji, że czytelnik dostanie cukrzycy. No i niestety byłam tego bardzo bliska, bo jak znów czytałam, jak to się kochają (zdecydowanie za dużo tych wyznań...) i spędzają czas siedząc pod drzewem i czytając poezję, tak mnie mdliło od tej słodkości i wyidealizowania, że... Ech. Jednakże, moje ogólne wrażenia z książki polepszyły się od czasu, kiedy akcja przeniosła się do domu starości - wtedy było wzruszająco (nie płakałam, ale serduszko troszkę zabolało).
            Wierzycie w związki idealne? W takie, w których nigdy się nie kłócą, ba, nigdy nie mieli nawet odmiennego zdania? Ja nie, a tutaj właśnie taki był związek, wiem, że narzekałam na to chwilę temu, ale to naprawdę mnie dziwiło...nie, nie dziwiło, po prostu denerwowało...
            I wszystko jest takie proste, właśnie, nieskomplikowane, jak i charaktery postaci. Nie wiem, może to tylko ja, ale nie zauważyłam w nich żadnych, ale to żadnych, wad. Wszyscy byli bez skazy, oprócz Lona, który chociaż nie był kreowany na "tego złego", to jednak wyraźnie był bardziej negatywny, by potem przestać takim być. Pokazano całe wydarzenia tak, jakby nie było zupełnie innej perspektywy.
           Ale to nie jest zła książka. Świadczy o tym głównie język autora - nie jest jakiś skomplikowany, ale bardzo obrazowy i po prostu pięknie wszystko opisuje, tak... poetycko. O ile zazwyczaj za takim nie przepadam, tak tutaj pasował bardzo dobrze.
           Napisałabym, że czyta się przyjemnie, ale nie jestem w stanie tego zrobić, ponieważ w pewnym momencie lektura zaczynała mnie tak męczyć tymi przesłodzonymi wyznaniami, że myślałam już, że nie wytrzymam, na szczęście uznałam, że jest na tyle krótko, iż mogę to dokończyć... Jednak nie objawiało się to przez cały czas.
             Może po prostu romanse nie są dla mnie, ale jednakże kiedyś jeszcze po nie sięgnę, kiedy będę potrzebowała odpoczynku, lecz na pewno nie będzie do utwór Sparksa. Przeszkadzało mnie tu wyidealizowanie i nadmiar wyznań, a ponadto sam temat, będący dość wyświechtanym. Jednakże, plusem był tu język autora, ostatnie 50 stron oraz fakt, że po części czytało się przyjemnie. Nie mogę jednak wystawić temu oceny wyższej niż 5/10, wystawiam więc... 4+/10.

Do następnego!

czwartek, 4 grudnia 2014

Muzyczny Przegląd #10

Wypada nam dzisiaj 10 przegląd i z tej okazji... no i nic z tej okazji ;) Powiem tyle, że będzie dzisiaj dość spokojnie i... progresywnie. Zapraszam - klik !

1. Nevermore - The River Dragon Has Come
Nevermore już kiedyś dawałam, ale uważam to za na tyle genialny zespół, że jeszcze raz dam coś od nich,  a mianowicie "The River Dragon... ". Jest to w sumie jedna z ich bardziej znanych piosenek i nie bez przyczyny. Wszystko jest... no, wspaniałe. A zwłaszcza riffy.

2. Tales of Dark - Wretched Fate For All
Teraz jeszcze jest w innych klimatach, bo nieznany zespół gothic/doom metalowy znaleziony moimi tajnymi sposobami jest całkiem dobry, nawet bardzo dobry. Posługuje się praktycznie trzema rodzajami wokalu, bo normalny męski, normalny damski  i trochę jest też growlu, i chociaż za growlem nie przepadam, to tutaj jakoś nie przeszkadza bardzo, a cała reszta jest na tyle dobra, że spokojnie da się wytrzymać.

3. Eternal Deformity - The Sun
Polacy nie gęsi i swoje zespoły mają, czyli awangardowy metal prosto z naszej ojczyzny. Muszę powiedzieć, że tytuł albumu, The Beauty of Chaos, świetnie pasuje do tej piosenki, bo po prostu... tutaj harmonia kryje się pod pozornym uporządkowaniem, a całość jest po prostu... majstersztykiem i nie przesadzam tutaj, bo nawet pomimo małej ilości growlu(wykonanego zresztą tak, że pasuje, a nawet mi się podoba) w drugiej części jest świetnie, a instrumenty są wspaniałe.

4. The Ciem Show - Scene I: Cataclysmic Order
Teraz już wchodzimy w progresywne, a mianowicie The Ciem Show, którego nie zna nikt oprócz mnie (a sama znam od jakichś 3 dni), jest... świetne. Wiem, to już nudne. Ale co mam pisać, jak po prostu takie jest? Ma dość mrocznawy klimat i wszystko mi się w tym podoba. Czaruje.

5.  YOB - Adrift in the Ocean
Coś ciekawego, mającego w sobie intrygującą cząstkę, wydającego się mieć też trochę w sobie egzotyki. Niewątpliwie nietypowe i wręcz skłaniające do myślenia, a przy tym piękne. I dłuuugie.

6. Amorphis - House of Sleep
Amorphis, czyli rzecz, którą odkryłam już jakiś czas temu, ale z niewiadomych powodów nie podzieliłam się nią wcześniej.  A szkoda, bo ma klimat, ma mocne gitary i świetne instrumenty. Polecam.

7. Crystal Lake - Flame of Soul
Znowu Polska, tym razem w progresywnym rocku. Nieznane, ale piękne (tak samo zresztą jak okładka albumu, ale to już nie ma znaczenia), zwłaszcza wokale są jakieś takie... docierające do serca, co nie znaczy, że instrumental zły. Po prostu nie wyróżnia się aż tak bardzo.

8. Point of View - Reborn
Tak samo jak powyżej, poza tym, że nie jest aż takie dobre, jak poprzednie. Nadal świetne, a niektóre instrumentalne wstawki są genialne, ale nie aż tak dobre.

9.  Believe - Poor King of Sun/Return
To także ten sam gatunek i pochodzenie, ale zdecydowanie bardzo mi się podobało, bo delikatna gitarka jest dobrze zaznaczona i podkreślająca wokale, a całość ma taki nieco tajemniczy i egzotyczny klimat, no i po prostu... dobre.

10. Elysium Theory - Clockwork Earth

Teraz już co prawda amerykańskie, ale nadal progresywne i dość spokojne, jednak muszę powiedzieć, że Polacy jednak w tej działce lepsi - to nie jest złe, bo jakby było, to bym do przeglądu nie wrzucała, nadal jest dobre, ale wokale nie moją w sobie "tego czegoś". Przynajmiej instrumenty mają klimat.

11. Devin Townsend Project - Rejoice
Wydaje mi się, że to też jest coś progresywnego... Ale gatunek aż tak bardzo nie gra roli, bo to po prostu... wciąga w siebie, taki... trans? Nie, to nie to, ale jest dobre.

12. Abesse 2/084 - Monotown
Teraz coś w stylu post-rocka prosto z Niemiec, który ma swoją magię a przy tym nie jest zbyt długi i nie nudzi.

13. Maze of Sound - Trick of The Witch
Znów progresywny rock, o którym już zbytnio się nie mam co rozpisać. Jest mocno pozytywny  i spokojny, no i... jest.

14. Soulsaver - Revival
Tym razem nie progresywny rock,  nawet nie rock, w sumie  nie wiem co, ale po prostu trafia prosto w serce swoim tempem i ogólnym wydźwiękniem. Perfecto.

15.  Retrospective - The End of Winter Lethargy
A tutaj stety/niestety wracamy do gatunku, który dzisiaj przeważał, ale pod koniec akurat w wyjątkowo dobrej kondycji. Od początku zachwyca klimatem, a wokal jest świetny. No i Polska.


Tyle, koniec. Polska i rock progresywny mocno przeważały, mam nadzieję, że was to nie zanudziło, bo osobno są świetne, ale razem mogą po prostu zmęczyć, ale... A co tam. Do następnego!

środa, 3 grudnia 2014

Bimber nałogiem, tylko nie Bogiem, czyli Kroniki Jakuba Wędrowycza

           W końcu zabrałam się za Pilipiuka, bo słyszałam o nim wiele i ostatecznie postanowiłam się zapoznać. A oto wyniki tego spotkania.
             Jakub Wędrowycz. Podstarzały bimbrownik, wydający się tylko zwariowanym menelem. On jednak szczyci się swoim nietypowym fachem, jest on bowiem egzorcystą, a przy tym degustatorem wszelkiego alkoholu, wykonującym swoją pracę bardzo sumiennie. Jednak nie dla niego jakieś sole, krzyże, rytuały - ducha trza podpalić, i tyle, a po udanej robocie napić się co nieco. Ale ze względu na jego ekscentryczność, nie jest zbytnio poważany, no chyba, że wśród swojej grupki przyjaciół, przydarzają mu się też najróżniejsze przygody: a to chce go zabić zawodowy zabójca egzorcystów, a to postanawia założyć hotel...
            No i właśnie na tych jego perypetiach skupia się fabuła. Tak, książka to zbiór opowiadań dotyczących jego życia, są one najróżniejsze, zarówno pod względem tematyki jak i objętości, znajdują się bowiem zarówno po 10 stron, jak i po 80.  Jak to bywa, poziom mają różny, lecz nie ma wybitnie złych, za to spora ich część kończy się, zanim na dobre się rozpoczną - z początku są zwykłe, potem jest ciekawie i... koniec. Na szczęście, najdłuższe opowiadanie ze zbioru jest na dość wysokim poziomie, interesowało przez niemal cały czas.
          Dobra, ale na razie to oprócz ciekawego pomysłu nie wymieniłam jako szczególną zaletę. Główną i można by powiedzieć, że właściwie to jedyną, ale BARDZO dużą jest... humor. Co prawda specyficzny i nie mam pojęcia, komu przypasuje, a komu nie, ale do mnie przemówił. Górnolotny z pewnością nie jest epitetem, którym da się go określić, lecz... Ja po prostu zaśmiewałam się czytając "Kroniki...".
         Bohaterowie nie rażą głupotą(chociaż to akurat złe słowo...), nie są też ani trochę realistycznie skonstruowani, ale po prostu są barwni. Po prostu wyłączyłam mózg i dałam się porwać wiejskiemu egzorcyście i jego kompanii, ani trochę nie myśląc o charakterach. Nie denerwują, ale nie można powiedzieć, że są "żeby być". Po prostu porywają i są oryginalni, zaciekawiając swoją ekscentrycznością, a właściwie to głównie sam Wędrowycz. No i co z tego?
         To z tego, że jedynym celem tej książki jest czyste dawanie przyjemności i o ile się "zaczai" klimat, to te parę godzinek można z Jakubem spędzić. Styl nie jest jakimś majstersztykiem pełnym epitetów i porównań, czuć jednak, że Pilipiuk się wprawił w pisaniu, toteż żadne powtórzenie czy dziwnie brzmiące zdanie mnie nie zaskoczyło, a całość pasowała do klimatu.
       Książkę wydała Fabryka Słów, z którą miałam już do czynienia czytając Pana Lodowego Ogrodu (notabene jedna z moich ulubionych serii), a zawsze sięgając po rzeczy przez nich wydane wiem, czego się spodziewać. Tak było i tutaj. Świetna okładka i śmieszne zapychacze między opowiadaniami, typu przepis na hot doga oraz pojawiające się raz na jakiś czas ilustracje w formie wycinków z gazet są świetne i jeszcze bardziej można poczuć "ducha" Wędrowycza.
       Szczerze, nie wiem jak to ocenić. Była to dla mnie po prostu czysta rozrywka z ciekawym pomysłem, jednak nie wszystkie opowiadania były dobre. Humor graniczy z absurdem, ale śmieszy. Polecam, ale trzeba samemu sprawdzić, czy się spodoba.

niedziela, 30 listopada 2014

Nauka nie zawsze jest dobra, czyli Bot.

             W końcu zabrałam się za "Bota" autorstwa Maksyma Kidruka. Z jednej strony byłam zaciekawiona, bo lubię takie motywy, z drugiej jednak są one dość wyświechtane i łatwo mogą przemienić się w kicz. Ale co tam, zdecydowałam się ostatecznie.
            Tymur Korszak to bardzo zdolny programista, specjalizujący się w sztucznej inteligencji. Zajmuje się głównie tworzeniem botów do strzelanek, ale nadal pamięta, jak 3 lata temu dostał zlecenie na napisanie czystego kodu, nie wiedząc, jakie jest środowisko gry - sam program. Nie wiedział, że użyto go, aby móc kontrolować "malców" - 12-letnich chłopców, zdolnych wytrzymać ekstremalne warunki, będących stuprocentowo posłusznymi, można by powiedzieć botów, "produkowanych" w tajnym laboratorium na Atakamie. Ale nagle część z nich zaczyna zachowywać się niezgodnie z programem, uciekają i zaczynają zagrażać miejscowym. No i Tymur musi teraz to wszystko posprzątać.
           Sam pomysł nowy nie jest, wiele razy to przerabiano, lecz przecież znany motyw, ale dobrze zrobiony zawsze jest lepszy niż pomysł bardzo oryginalne, natomiast zmarnowany kiepskim wykonaniem. Standardowo, naukowcy postanowili pobawić się człowiekiem no i... dobrze nie wyszło. Wyszło właściwie to bardzo źle...
          W takich powieściach liczę głównie na dwie rzeczy - dobry klimat oraz ciekawe ujęcie tematu. Pierwszy warunek został spełniony dzięki stylowi pisania autora.  Muszę przyznać, zaskoczył mnie swoją jakością, zwłaszcza, że to debiut. Napięcie jest świetnie oddane, kiedy ma być ciężka atmosfera, to się ją naprawdę czuje. Niestety, nie wszystko jest takie wspaniałe - w książce zdarzają się sceny drastyczne, nie dałoby się ich ominąć, szkoda tylko, że wydają się napisane jakby od niechcenia. A szkoda, bo tak to mogło by być wręcz idealnie... Natomiast co do drugiego warunku, "Bot" raczej niczego nowego do tematyki nie wnosi.
          Akcja jest wartka, nawet bardzo, co chwila dzieje się coś nowego, niespodziewanego. Po prostu rzuciłam się w wir walki o przetrwanie na pustyni, zapominając o tym, że to nic odkrywczego. Ale ważną rzeczą jest też imponujący tzw. research. Widać, że autor przygotował się do pisania tej książki, bo wszystko jest świetnie wyjaśnione. Nawet, gdy pojawia się jakieś nieznane słowo, z pomocą przychodzą przypisy, których jest sporo. Właśnie, muszę wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy, a mianowicie o tym, że taka książka wymaga sporo naukowej gadki o samym powstawaniu botów i ich działaniu i owszem, trochę jej jest. No i co? No i nie przeszkadza to, w żadnym razie. Powiem więcej, mimo, że mnie to absolutnie nie interesuje, jak nanoroboty działają na mózg i pozwalają przejąć nad nim kontrolę i dlaczego tak się dzieje, czytałam o tym z zaciekawieniem i tą "naukową" stronę uważam za bardzo udaną.
            Postacie nie denerwują, ani nie są totalnie dwuwymiarowe, jednak uważam, że lepiej by było, gdyby bardziej zagłębiono się w ich psychikę. Wiem ,że to pewnie zboczenie wielbicielki kryminałów/thrillerów z tłem psychologicznym, ale... przy takich rzeczach, jakie dzieją się w tej książce, raczej trudno zostać całkowicie zdrowym. Czułam się bardziej, jakbym oglądała film - wiedziałam, co robią postacie, mniej więcej wiedziałam, dlaczego, ale nie do końca mogłam się w nich w czuć, nie mniej miałam świadomość, że tacy ludzie spokojnie mogą istnieć, byli przekonujący. Zabrakło mi jednak takiego rozwinięcia.
          Zanim przejdę do podsumowania, naskrobię jeszcze trochę o samym wydaniu, mimo, że zazwyczaj na to uwagi nie zwracam. Jeden, że okładka jest świetna, ale to nie wszystko. Strony mają delikatne ozdoby, raz na jakiś czas pojawiają się obrazki bądź zdjęcia ilustrujące rzeczy, o których napisano. Na plus wypada jeszcze formatowanie tekstu oraz dodatki - oprócz długiego posłowia, są również informacje o zbiorze Mandelbrota oraz obrazek ilustrujący porównywalne rozmiary samolotów opisanych w książce.
         Krótko mówiąc - solidna fabuła i klimat, mimo, że temat dość powszechny. Akcja przez całe 600 stron wartka, nie ma czasu na nudę, solidne naukowe podłoże. Niestety, jednak niedostatki (ale malutkie) w stylu oraz fakt "niedorobienia" postaci sprawia, że jestem zmuszona postawić temu 8/10. Co nie zmienia faktu, że i tak jest świetne i warte przeczytania.

czwartek, 27 listopada 2014

Muzyczny Przegląd #9

Muszę przyznać, że jestem dumna z dzisiejszej playlisty, bo udało mi się ją dobrze skompletować i to nawet trochę przed środą jeszcze. No, ale nie przedłużając - klik!

1. Silent Hill - Silent Scream
Kolejny przegląd, kolejna piosenka z Silent Hilla? Taa... Ale co ja poradzę, że co je znajduję, to dobre są. Kto je polubił, raczej się nie zawiedzie.

2. Serious Black - I Seek No Other Life
Debiutanci powermetalowi. No i dość dobrzy. Na początku zdawało się, jakby na inną melodię było śpiewane, a na inną granę. Później też parę razy to "rozszczepienie" się zdarzyło. W ostateczności jest jednak dość dobre,  a to, co zapamiętałam szczególnie, to świetna perkusja. Dobry start, oby było tylko lepiej.

3. Tomydeepestego - Grafite
Nawet nie wiem, co to za gatunek. Ale wiem, że instrumental i wiem, że świetny. Ma swój styl i klimat, wyróżnia się spośród wielu zespołów.

4. Pretty Maids - Future World
Teraz też coś, co ma dość wyjątkowy dźwięk, mimo, że wydaje się być nawet podobne do innych. Można temu zarzucić, że partie wokalne są zbyt mało intensywne i jakieś takie... wyblakłe, ale ostatecznie dobre.

5. Falco - Out Of The Dark (metal cover)
No tak... Wreszcie coś, co jest nieco bardziej niż dobre, bo...bardzo dobre :p Mimo używania niekoniecznie mojego ulubionego typu wokalu, tutaj jednak naprawdę pasuje, a gitarka jest czarująca.

6. Ahab - The Giant
Doom w swojej pełni, bez żadnych eksperymentów ani wariacji, po prostu ciężkie brzmienie. Dobre, ale... pozbawione "tego czegoś".

7. Dawnbringer - I
Czyli wykopuje nieznane zespoły z zagłębi Youtube'a, a Dawnbringer to naprawdę porządnie wykonany heavy metal. Nie wiem w sumie za bardzo, co napisać, jakoś tak weny nie mam...

8. Isole - Dead to Me (The Destroyer part 1)
Nowy singiel od Isole, z płyty, która wychodzi jutro. A ja kocham Isole i ich nowość mnie znów zachwyciła - ta gitara, ten śpiew, ta wspaniała perkusja. Geniusz, nigdy nie skończę ich uwielbiać. Na dodatek nie ma  nudy.

9. 40 Watt Sun - Restless
Kolejny doom, tym razem z gatunku "Nic nowego, ale przygniecie cię klimatem i ciężkością". Co prawda, jakbym poznała to parę tygodni temu, kiedy to dopiero odkrywałam ten gatunek spodobałoby mi się znacznie bardziej, ale i tak jest świetnie. Zwróciłam tutaj uwagę na świetny wokal, który tak idealnie przekazuje emocje...

10. Warning - Footprints
W sumie mogłabym napisać dokładnie to, co przy poprzednim kawałku... Ale powiem tyle, że ma świetny tekst. Pod względem znaczenia. Piękny.

11. Sonata Arctica - The End Of This Chapter
Dawno przeszło mi "faza" na Sonatę Arcticę, zwłaszcza, że po jednym albumie po prostu była już taka... zwykła. Ale ta piosenka nadal jest jedną z tych dobrych, świetna jest.

12.  Blind Guardian - The Bard's Song
Świetna, klimatyczna ballada, na prawdę nie mam co jej zarzucić. Ot, po prostu jest... świetna i naprawdę magiczna.

13. Besides - Undone
Z cyklu "coś, czego jeszcze tutaj nie było", czyli post rock. Kiedyś był moją miłością, a teraz wróciłam. Ale nie zabija nudą, ma w sobie coś, co zaciekawia. Relaksujące i skłaniające do refleksji...

14. Airbag - Never Coming Home
Czyli też coś, co na ucho(?) wydaje się być post rockiem. No i typowy, jak na ten gatunek. Może znudzić przy długim słuchaniu, ale na "muzykę tła" nadaje się znakomicie.

15. Russian Circles - Station
Nawet nie wiem, jaki to gatunek. Ale jest fajne. I ma dobre riffy, całość mimo długości i troszkę powtarzalności nie nudzi.

No więc, tyle by było! Właśnie czytam Bota, więc niedługo coś o tym będzie...

niedziela, 23 listopada 2014

Podsłuch tu, podsłuch tam, jeszcze trochę i już cię mam, czyli Sejf.

              W sumie sięgnęłam tylko dlatego, że zobaczyłam trzecią część, wiedziałam, że miało niezłe oceny oraz fakt, że z okazji premiery ostatniego tomu była przecena. Spodziewałam się wciągającego political fiction (i dobrego zapoznania z tym gatunkiem, bo nigdy nie czytałam), ale nie miałam też wygórowanych wymagań - w końcu autor, Tomasz Sekielski, debiutuje jako pisarz książkowy, jak dotąd był dziennikarzem. A jak wyszło, to zobaczycie.
         Dziennikarz, Artur Solski, z niechęcią jedzie, by "zrobić" materiał o uzdrowicielkach na Podlasiu, aczkolwiek w trakcie podróży dowiaduje się, że niedaleko wyłowiono trupa bez twarzy. Wydaje się, że to mimo wszystko nic poważnego, ale z czasem następują kolejne morderstwa. Zamach w Iraku, śmierć polskiego żołnierza Roberta Kalińskiego... Na pozór nic nie łączy tych rzeczy, ale wszystko okazuje się być bardziej skomplikowane, a Solski wraz z komendantem policji Darskim próbują odkryć prawdę.
         Intryga jest skomplikowana, nawet bardzo i po przełamaniu trudnych początków czyta się z zapartym tchem. Jak można było się spodziewać, dużo ma w tym do powiedzenia polityka i aż trudno uwierzyć we wszystko, co się tam dzieje, te wszystkie podsłuchy, morderstwa "dla wyciszenia"... Najlepsze jest to, że mimo zawiłości, nadal łatwo uwierzyć, że tak mogłoby być. Oby to nic z prawdziwą sytuacją w Polsce nie miało. 
         Bohaterowie, i tu zaczyna się lekki problem.  Z jednej strony jest ich bardzo dużo i trudno było mi się z którymkolwiek utożsamić, tak każdy mimo wszystko jest ludzki, ma swoje problemy oraz zmartwienia. Niestety, ostatecznie uważam, że postaci można by zdecydowanie lepiej rozwinąć, chociaż trochę pozwolić poczuć ich uczucia, zagłębić się w ich umysł - a szkoda, bo niektóre z  nich mają bardzo ciekawe tajemnice, lepiej by było bardziej je "poznać".
         Język, którym posługuje się autor, jest bardzo prosty i zwykły. Niczym nie urzekał, czułam się miejscami, jakbym czytała wyjątkowo długi artykuł z jakiejś gazety informacyjnej, czasem nawet trudno było mi przebrnąć, lecz ostatecznie wygrało moje zaciekawienie rozwiązaniem intrygi. Język wraz z kolejnymi stronami stawał się coraz bardziej znośny, a fabuła wciągała jak cholera, ostatecznie sprawiając, że całość czytało się dość przyjemnie.
         Czy dostaniemy tu coś, poza świetnym political fiction z niedostatkami w postaci niezbyt rozwiniętych bohaterów oraz (zbyt) prostym językiem? Myślę, że jednak nie. Ale sama intryga jest warta zapoznania się z tą książką, a finał, ni to otwarty ni zamknięty sprawił, że na kolejną część chcica jest. I to niezła chcica. Ostatecznie - 7/10.