środa, 31 grudnia 2014

Muzyczny Przegląd #14

Po pierwsze, szczęśliwego nowego roku, oby był tylko lepszy! Po drugie, miałam sobie odpuścić z przeglądem, ale już się tak do tego przyzwyczaiłam...  klik !

1. Ludovico Einaudi - Nuvole Bianche
Bardzo ładny, spokojny, melancholijny nieco utwór na pianinku. Wszystko w nim gra, jak trzeba, jest harmonijny i naprawdę piękny.

2. Omertah - Essence
Na tej playliście będzie sporo djentu ;) Miły, spokojny utwór, co zresztą jest charakterystyczne dla tego gatunku.

3. Intervals - Intertia
Tutaj również ten gatunek - jeden z tych utworów, które samym dźwiękiem, kompozycją, całością zabierają cię do innego miejsca. Dość różnorodny, niektóre fragmenty powalają.

4. My Silent Wake - Storm
Naprawdę świetny, klimatyczny kawałek. Mimo ciężkawej atmosfery, lekki w formie - przygrywająca gitarka jest wręcz wspaniała, a wokal dopełnia dzieła.

5. Orion - Descent
No i znów djent ;) Naprawdę fenomenalny, klimatyczny utwór, świetny. Dopiero pod koniec trochę nie gra, ale przez większość czasu jest naprawdę świetny.

6. Old Silver Key - Burnt Letters
Post-metal, tak przynajmniej sądzę. Klimatyczny utwór, dobra atmosfera i instrumenty, a wokal "maskuje się" w gitarze i robi to dobrze, dopełniając przy okazji dzieła.

7. Widek ft. Gru - Enter Through The Sun
Djent po raz kolejny, no i co tu dużo pisać - nie chce mi się powtarzać, bo zalety ma takie same jak poprzednie djentowe utwory.

8. AnVision - Mental Suicide
Tym razem w końcu metal progresywny i to polski. Rozkręca się długo, ale warto czekać - klimatyczny wokal, dobre, mocne gitary to same zalety.

9. Arild Andersen - Stillness
A oto tym razem wyjdziemy poza moje muzyczne granice i posłuchacie sobie trochę jazzu. Nie mam co tu dużo pisać, bo na jazzie się nie znam - relaksujący utwór i tyle.

10. Aclla - Flight of The 7th Moon
Dobry utwór heavy/power metalowy. Raczej do przesłuchania na raz - bo wokale trochę przeszkadzają, ale ma swój klimat.

11. Lunatic Soul - Gutter
Trudno mi coś powiedzieć o tym utworze, jest tak świetny i klimatyczny. Ten bas. Ten wokal. Ta atmosfera. Słuchać na słuchawkach i nie narzekać.

12. Tiamat - Cold Seed
Również naprawdę świetny utwór, klimatyczny, wpadający w ucho.

13. End Zone - The Vortex of Reality
Progresywny metal mogący być wzorem dla innych z tego gatunku. Klimatyczny, nie przesadzający z progresywnością, ale zarazem mający w sobie wiele ciekawych zagrań. Polecam.

14. Amogh Symphony - Cyborg Activation Last Human Civilization
Tutaj jest bardzo duży natłok muzycznych eksperymentów, złaszcza z początku. Ale to o dziwo do siebie pasuje, mimo pozornego chaosu. Sama piosenka wręcz opowiada historię, swoją konstrukcją, wykonaniem, nawet i tytułem.

15. Sieges Even - Eyes Wide Open
Na koniec znów coś spokojnego i naprawdę ładnego. Miły dla ucha, świetny wokal zgrywający się z podkładem tworzy świetny, melancholijny klimat.

Tak więc oto żegnam z wami ten koniec roku - nie podsumowaniem, nie długimi życzeniami, ale po prostu muzyką. I niech ona mówi za mnie.
Może trochę mało się rozpisywałam, ale jakoś tak wyszło, no po prostu!

poniedziałek, 29 grudnia 2014

No i wciąż uciekamy, czyli "Parabellum. Prędkość Ucieczki" Remigiusza Mroza.

        O Mrozie słyszałam co chwila, i to dobrze o nim mówiono. No i ciekawość przeważyła i zostałam właścicielką dwóch tomów Parabellum - na razie jednak przeczytałam tylko jeden.
           Bronisław Zaniewski służy w armii jako sierżant, jednak ma kłopoty. Pobił swojego przełożonego, chorążego Chwieduszko. Podczas gdy on myśli o tym, co go spotka, jego młodszy brat, Stanisław zajmuje się głównie własnymi zaręczynami. Jest tylko jeden problem - ukochana jest żydówką, a jego ojciec niezbyt je toleruje. Wszelkie zmartwienia schodzą na dalszy plan, kiedy rozpoczyna się II wojna światowa i wszystko zamienia się w "byle przeżyć". Stanisław wraz z narzeczoną oraz pewnym łotrem załatwiają fałszywe papiery i próbują przedostać się do Francji, a jego starszy brat wraz z niedobitkami oddziału działają, jak mogą.
           Mimo tematyki wojennej, jest to w sumie dość lekka książka - owszem, pokazane są okrucieństwa wojny, ale powiedziałabym, że to taka przygodówka. Czy to źle? W żadnym razie. Dzieje się sporo, akcja nie przynudza, ale nie mogę powiedzieć, że się wciągnęłam. Żeby nie było, że mnie źle zrozumieliście - to było interesujące, ale bez jakiegoś "O matko, o matko, co się stanie dalej?!", dopiero pod koniec zaciekawiło mnie, co będzie później. 
           Styl również robi swoje w odbiorze powieści, jest lekki, a przy tym niebanalny. Dialogi były żywe, gdzieniegdzie przebłyskiwał świetny humor - czytanie tego było istną przyjemnością, tym bardziej, że bez problemów mogłam się wczuć w losy bohaterów. 
            Książka jest napisana z perspektywy trzech bohaterów - Stanisława, Bronisława (ale się dobrali, nawet się rymują) oraz... kapitana Wehrmachtu, Christiana Leitnera, a jest w formie krótkich fragmentów, po kolei z każdej postaci. O ile lubię takie "przeskakiwanie", tak tutaj denerwowało mnie to, że każdy kawałek kończył się akurat wtedy, gdy akcja zaczęła się rozwijać. Wkrótce jednak zaczęłam to ignorować, wczuwając się w ich losy.
              A sami bohaterowie? Niezwykle barwni i różnorodni i powiedzieć muszę - to oni są prawdziwą siłą tej powieści. Siła, z jaką się do nich przywiązałam jest wręcz niesamowita. Każdy jest inny, każdy z krwi i kości. Nawet ci drugoplanowi są świetnie wykreowani, a szczególnie ciekawy jest właśnie Christian Leitner, który nie jest takim stereotypowym "złym Niemcem".
             Rozwój akcji jest nieszablonowy, chociaż nie do końca - ponieważ niektóre rozwiązania fabularne (jak na przykład, wezmę pierwsze z brzegu, udawanie głuchoniemego) są wyświechtane i niezbyt przekonujące, mimo to części zwrotów akcji nie mogłam się domyśleć wcale, no i... po prostu podczas czytania czułam taką... przyjemność. Ta książka to nie jest jednak tylko i wyłącznie czysta przyjemność, czytana dla zapomnienia - bo raczej o tym tak szybko nie zapomnę, a postać Leitnera dodaje smaczku.
           Co tu jeszcze dużo pisać - powtarzałabym się. Mróz wyraźnie ma talent i z pewnością sięgnę po kolejne powieści (ale wpierw przeczytam drugą część Parabellum). Akcja, która jest interesująca (chociaż nie porywająca), świetnie wykreowani bohaterowie i ciekawe zwroty akcji to zalety tej książki. 8/10. 

sobota, 27 grudnia 2014

Po co logika, piszę fantasy, czyli "Unicestwienie" Jeffa VanderMeera.

         A oto książka, do której przeczytania zachęciła mnie Marre S na swoim blogu, właśnie tym.Znajdując ją pod choinką jak najszybciej chwyciłam się za nią, no i... piszę o niej.
         Strefa X. Tajemnicze miejsce, do którego wyprawiono już 11 ekspedycji, przy czym każda kończyła się niepowodzeniem, a sekrety Strefy wciąż pozostają nieodkryte. W skład 12 grupy mającej zbadać lokację wchodzą 4 kobiety: biolożka, antropolożka, psycholożka i geodetka. Miejsce to jednak naprawdę nie jest zwyczajne ani spokojne...
         Całą historię wyprawy poznajemy za pomocą notatnika prowadzonego właśnie przez biolożkę, w którym opisuje to, co widzi, w przerwach na napisanie czegoś o własnym życiu "pozastrefowym". Napisanie książki jako dziennika miało też swój wpływ, to nie tylko była zmiana narracji na pierwszoosobową - dzięki temu naprawdę się wczułam w opowieść - nie była to bajka opowiadana przez kogoś, to była dla mnie faktyczna relacja...
         Bo ponoć to jest science-fiction i całym sercem się z tym zgadzam, ale... miejscami mogłabym nazwać to powieścią grozy. Eksploracja Strefy X była tak świetnie opisana, tak wzbudzała napięcie (ale i tu mam pewne wątpliwości), że po prostu naprawdę się wczułam. Właśnie sama wizja tego miejsca, braku logiki znanej ludziom (niestety, tutaj mogło być jeszcze lepiej - i tak jest dobrze, ale mogło być lepiej), naprawdę mnie zelektryzowała. Wspomnę teraz, że nie mam odniesienia do dzieł wspomnianych na okładce, do Lema - bo chociaż czytałam Solaris, to poza tym, że mi się podobało, nie pamiętam nic...
         O bohaterach, jak i samym świecie wiemy dość mało. Chociaż z czasem dowiadujemy się coraz więcej, to nadal zostaje wiele białych plam - mnie jednak wielką przyjemność sprawiały próby odgadnięcia motywacji bohaterów, reguł rządzących tą strefą - dla mnie to było świetne, niektórzy mogliby na to narzekać, ale takie "dawkowanie" wiedzy było świetne...
         Sam styl był w porządku, ale nic specjalnego - ale przecież nie ma co się spodziewać poezji przy rzeczy stylizowanej na dziennik pisany przez biolożkę... Czyta się tak, jakby to naprawdę był taki dziennik, denerwowała mnie jednak jedna rzecz - sformułowania typu "tego nie dało opisać się słowami". Co prawda i tak ta próba opisu była, a resztę zapełniła moja wyobraźnia, ale... grr.
         Mimo ciężkiego klimatu Strefy X, który jest zresztą zaletą, nie czyta się ciężko ani wolno - po prostu na czas czytania zostałam pochłonięta przez książkę i nawet nie patrzyłam na zegarek, tylko czytałam... A potem się skończyło, zostawiając wiele pola do namysłu.
         Nie uznaję tego za błąd, zwłaszcza, że to pierwsza część trylogii, że jest otwarte zakończenie i dużo jest jeszcze do odkrycia - ale wadą jest długość książki, a właściwie jej krótkość. Naprawdę się aż prosi, żeby trochę więcej pozwiedzać Strefę i co najważniejsze, żeby trochę więcej poznać bohaterki...  O ile pierwsza rzecz może być usprawiedliwiona tym, że o czymś jeszcze kolejne części muszą być, tak druga już nie za bardzo.
        Można by zarzucić książce, że niewiele się w niej dzieje, jednak to nie znaczy, że jest nudna - praktycznie cały czas bohaterka zwiedza Strefę i tylko tyle, a  nieliczne sceny akcji są nieliczne - lecz znów się powtórzę, rzecz w klimacie i tym, jak bardzo można wczuć się w historię.
       No co tu dużo mówić - polecam. Szkoda tylko, że to takie krótkie... 8/10.
   

czwartek, 25 grudnia 2014

Życie trudne, lecz nie nudne, czyli "Front Burzowy" Jima Butchera.

           Przegapiłam życzenia, ale jeszcze jest na nie czas... W sumie i tak nie umiem ich składać, więc po prostu życzę wszystkiego najlepszego! A tym czasem zapraszam do czytania.
            Harry Dresden. Mag, jedyny i przy okazji dość potężny w mieście, którego można zawołać w każdej sprawie wymagającej użycia właśnie czarów. Przy okazji jest dość biedny, a czynsz z poprzedniego miesiąca wciąż zalega. Chociaż dostaje sporo telefonów, to 4/5 z nich jest pytaniem "Czy to na poważnie?". Bo mało osób zdaje sobie sprawę istnienia nadprzyrodzonych istot w normalnym, ludzkim mieście. Ale tak jest, a tymczasem zaginiony zostaje mąż niejakiej Moniki, a ktoś brutalnie zabija dwie osoby za pomocą magii. A ponieważ tak jakoś jest, że Dresden  jest we współpracy z policją, właśnie ten organ bezpieczeństwa "zaprzęga" go do roboty, oferując zastrzyk gotówki...
           Jest to fantasy kryminalne, dokładnie w tej kolejności. Miałam trochę nadziei na całkiem miłe "domowe dochodzenie", a rozwiązanie będzie nieprzewidywalne, ale odgadłam sprawcę za pierwszym razem, kiedy się tylko pojawiło tej osoby imię... A potem tylko jeszcze bardziej się w tym utwierdzałam, chociaż parę razy autorowi udało się zasiać we mnie ziarno wątpliwości, które jednak nie wykiełkowało.
           Ale wątek kryminalny jest tu właściwie tylko pretekstem dla całej akcji. Bo akcja jest wartka, niczym górska rzeka. Ledwo przesłuchanie się skończy, tutaj już znowu walka z jakimś demonem. Magii jest tu dużo i przedstawiona tak, że nie zdziwiłabym się, gdyby naprawdę ktoś wykonywał takie rytuały i tym podobne... W każdym razie, taka jest cała książka - okropnie szybka, ale dzięki temu nie rozwlekła, a nic nie jest też zbyt szybkie.
          Bohaterów jest troszkę, ale nie zbyt dużo. Są barwni i dobrze nakreśleni, ale i tak wszystko zbiera Harry Dresden - no, kurczę, jest po prostu... czarujący (ha ha)! Facet "starszego typu", dżentelmen, który każdą kobietę traktuje jak damę, a przy tym nie waha się, żeby coś zabawnie skomentować, albowiem...
       Jest śmiesznie. Ale nie z powodu samych wydarzeń (chociaż tutaj również czasem), a właśnie z powodu Harry'ego. Narracja jest pierwszoosobowa, co tutaj sprawdza się świetnie, mimo, że zazwyczaj wolę tą trzecioosobową. Facet skory jest do zabawnych komentarzy, ewentualnie rzucenia nawiązaniem do jakiegoś filmu i robi to świetnie - bo po prostu się śmiałam na głos. Tak, siedziałam do 2 w nocy (bo mnie wciągnęło, tak było szybko!) i zwyczajnie rechotałam, dziwnie się czując...
      Sam styl, już oprócz komentarzy Dresdena, jest naprawdę dobry. Nie uświadczymy tu wielkich, skomplikowanych i do tego ckliwych metafor, ale czyta się szybko, wręcz się omiata wzrokiem zdania -  a przy tym język nie jest banalny i na siłę uproszczony. Sceny walki są odpowiednio dynamiczne. Czyta się po prostu z ogromną przyjemnością, można się zapomnieć i wsiąknąć w ten świat. Żeby dobrze zobrazować język używany przez autora, zacytuję opis włączania paralizatora podczas jednej walki - to było coś typu "między elektrodami zatańczyły niebieskie błyskawice". Nie jestem pewna, czy dokładnie tak - w każdym razie, jest luźno, prosto, ale nie banalnie.
      Książka jest "na raz". Czyta się okropnie szybko, styl jest naprawdę dobry, Harry Dresden czarujący,  a reszta bohaterów barwna - szkoda tylko, że tak bardzo poskąpił autor na wątek kryminalny... Mimo wszystko, jest to bardzo dobra, sympatyczna i czysta rozrywka - nic ponadto, ale wspominać będę dobrze. Teoretycznie powinnam dać temu 7/10 - ale za Harry'ego daję siódemkę z dwoma plusami ;) Polecić mogę każdemu, który szuka odprężenia.
   

środa, 24 grudnia 2014

Dawno, dawno temu, czyli "Korona Śniegu i Krwi" Elżbiety Cherezińskiej.

           Dzisiaj dzień Wigilii, powinnam być zajęta - ale razem z rodziną udało nam się w miarę szybko wyrobić z porządkami i ciasta upiec, toteż troszkę czasu na naskrobanie czegoś o świeżo przeczytanej książce mam... Po "Londongradzie" nie miałam ochoty na nic przeciętnego, więc wybrałam z półki rzecz, która zapowiadała się naprawdę dobrze - a jest nią właśnie "Korona...".
            Czasy Wielkiego Rozbicia. Polska rozpadła się na księstwa, którymi rządzą skłóceni Piastowie. Króla nie ma, a sąsiedzi z chęcią by nim zostali  i do tego dążą. Krótko mówiąc, sytuacja beznadziejna. Gdzieś wśród tego zamieszania znajduje się książę Przemysł II władający Starszą Polską (czyli dzisiejszą Wielkopolską), który stara się ten piękny kraj zjednoczyć... A jaki związek z tym wszystkim ma ród Zarembów? Czy Polska znów będzie jednym królestwem?
           Odpowiedź na to drugie pytanie jest znana z lekcji historii, ale czy to jakkolwiek przeszkadza w czytaniu? Nie. Po prostu wsiąka się w ten świat i mimo, że gdzieś tam w podświadomości kołacze się fakt, że zakończenie tej historii jest znane, książkę pochłania się jednym tchem. A właściwie to nie do końca, bo ma... 720 stron (właściwej opowieści). To i tak mało, biorąc pod uwagę fakt, że obejmuje ok. 40 lat. Czasem zdarzają się przeskoki w czasie, zwłaszcza w końcowych częściach, kiedy o śmierci jakiejś postaci dowiadujemy się od kogoś innego ("Ale przecież ona już nie żyje..."). O dziwo, wcale to nie przeszkadza, chociaż czasem można poczuć się zdezorientowanym....
           Powieść porównywana jest do Gry o Tron. Bo w sumie to jak jej nie porównywać, skoro jest walka o koronach, są intrygi i spiski, są rody  i ich zawołania i po prostu cała atmosfera jest podobna? Nawet forma, polegająca na przeskakiwaniu z postaci na postać przypomina wspomnianą powieść. O ile jednak u George'a wszystko było dość wolne, pozwalające się dokładnie zagłębić, tak tutaj... również jest immersja, ale akcja pędzi bardzo szybko. Niemal na każdej stronie dzieje się coś ważnego i ciekawego, no i, nie będę ukrywać - po prostu czytałam to przez każdą wolną chwilę wyrwaną od przygotowań świątecznych...
            Właśnie ta warstwa intrygowo-spiskowo-walkowa bardzo mnie urzekła. Po prostu lubię takie klimaty, a że tutaj wszystko toczyło się szybko, to nie musiałam sobie nawet robić przerwy...
            Co do walk, warto wspomnieć o stylu. Okropnie mi się spodobały opisy i język, jakim posługuje się Cherezińska. Jest dość współczesny, ale jednocześnie malowniczy i pozwalający po prostu wchłonąć w ten świat, historia przestaje być górą dat, a całość wydaje się być namacalna, dodatkowo świadomość, że to było naprawdę tylko to potęguje. W dialogach nie uświadczymy więc staropolskiego, zazwyczaj jednak bohaterowie wypowiadali się, jak na epokę przystało. Raz jednak, nie pamiętam, czy więcej, ale ten jeden szczególnie mnie to "wybiło z rytmu" zdarzyło się, że któryś z bohaterów użył sformułowania "czterdziestka na karku". I immersja prysła, szczęście, że tylko ten jeden raz. Walki przedstawione są dynamicznie, bez dłużyzn i niepotrzebnych szczegółów. Może i nie ma aż tak w nich rozmachu, ale spełniają swoje zadanie.
          Bohaterów jest tak wielu, że nie dałabym rady ich tutaj wymienić.Co ważniejsze, mimo ich mnogości  nie byli z papieru/tektury, byli po prostu żywi, wyraziści i idealnie dopasowali się do świata. Spokojnie potrafiłam uwierzyć, że tacy właśnie byli, miałam nawet swoich faworytów^
          W powieści tej historycznej pojawiają się elementy fantasy, głównie polegającym na tym, że zwierzęta z herbów ożywały - i uznaję to za kompletnie niepotrzebne. Za każdym razem, gdy czytałam o zeskakującym z szat lwie czułam zdenerwowanie...
          Natomiast oprócz samej walki o władze jest tu też wątek pogaństwa, który był jak dla mnie zdecydowanie najciekawszy z tych pobocznych - po prostu czasem nie mogłam się doczekać, kiedy znów do niego narracja wróci. Było go mało, ale zawsze to lepiej, niż gdyby było za dużo - tak to był naprawdę dobry jakościowo.
          Co to dużo mówić? Okropnie wciąga, język jest świetny, chociaż niektóre sformułowania mi zgrzytały, bohaterowie żywi i wyraziści - tylko po co te ożywające herby? Niby taki drobiazg, a potrafi denerwować przez całą lekturę... Mimo wszystko, polecam wszystkim sięgnąć po to tomisko, nawet osobom, które się w tym gatunku nie lubują - 9/10.

wtorek, 23 grudnia 2014

Muzyczny Przegląd #13

            Nie mam ochoty na rozpisywanie się we wstępie, to też od razu - klik! Powinno być świątecznie, ale ja i świąteczne piosenki... Więc będzie normalnie.

1. Anat Fort - Just Now, Var.1
Bardzo miły i spokojny utwór na pianinie. Cichy, idealny na odprężenie i naprawdę piękny.

2. Gravity Co - Mr. No One
Nie mam pojęcia, do jakiego gatunku zaliczyć ten utwór. Wiem za to, że w swojej prostocie jest również relaksujący i mimo wszystko dość wpada w ucho.

3. Sophie McGinnes& Dan Arnold - Die on the Inside
Naprawdę piękny wokal i minimalistyczny podkład to cechy tej piosenki. Nie jest niczym specjalnym, ale przy wspaniałym głosem i delikatnych instrumentach można się zrelaksować.

4. Pegazus - Haunting Me
Dość klasycznie metalowa piosenka. Nie mam jej nic do zarzucenia, ale w sumie wielkim arcydziełem nie jest. Mimo to dobrze się słucha.

5. Keane - Strangeland
Kolejna spokojna i relaksująca piosenka, tym razem nie można powiedzieć, że to nic specjalnego. Ona po prostu tym wokalem i podkładem przenosi w inny świat, uwrażliwia... Piękne.
6.  Gru - Andromeda
Bardzo dobry instrumentalny utwór metalowy. Delikatna melodia przebija się przez kawałki przyjemnej relaksacji, co daje w połączeniu niesamowity efekt, tak jak poprzedni utwór pozwala przenieść się niemal do innego świata.

7. Ghost Brigade - Long Way to the Graves

Kolejny powolny utwór w tej playliście, będący swego rodzaju ambientem z delikatnym wokalem, a całość jest po prostu bardzo emocjonalna. Bardzo.

8. Earth - The Bees Made Honey in the Lion's Skull
Męczy mnie pisanie znów tego samego... bo to też bardzo przyjemny ambient.

9. Tremonti - Leave it Alone
Bardzo dobry utwór - tym razem już zdecydowanie bardziej energiczny, nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, że mocno pozytywny i podnoszący na duchu - instrumenty świetnie grają, a wokal się wtapia.

10. Animations - Slowly Die Inside
Progresywny metal z Polski. O warstwie instrumentalnej nie ma co mówić, jest po prostu dobra, natomiast wokal z początku wzbudzał moje wątpliwości - z czasem jednak zauważyłam, że świetnie pasuje.

11. My Disorder - Love You 'till Death
Nie wiem za bardzo, co powiedzieć o tej piosence. Jest chwytliwa i chyba tylko tyle... Ale tak okropnie chwytliwa, że aż się chce tego słuchać, mimo niewybijającego się wokalu i instrumentów.

12. Der Hunds - Waterfall
To jest coś, co naprawdę mogę polecić. Jest takie... magiczne. Wokal i instrumenty idealnie się zgrywają, genialnie oddają emocje. Wspaniałe.

13. Soundprophet - Wind of Wings
Spokojna piosenka, niestety, wokal nie wybija się ponad przeciętność, ale całość ma w sobie pewną magię.

14. Odd Crew - I Ain't Losing Myself
Tutaj wybijają się zdecydowanie instrumenty i aż szkoda, że melodia nie jest bardziej skomplikowana - mimo to wspaniale pasują, a wokal, chociaż trochę zbyt cichy, przykrywa swoje niedoróbki dopasowaniem do instrumentów.

15. Smallman - Evolution
Alternatywa, i to mocno klimatyczna. Ciężka atmosfera, wspomagana równie ciężkimi riffami wciąga w piosenkę, przenosząc gdzieś tam, daleko...


Wyszła nam dość spokojna playlista - no cóż, do następnego! Muzyczny Przegląd był dzień wcześniej... no cóż, bo jutro Wigilia i czasu nie będzie :)

niedziela, 21 grudnia 2014

Niespodziewane wyniki reakcji syntezy, czyli "Londongrad" Reggie Nadelson.

         Poszłam do biblioteki i oprócz paru innych rzeczy wypożyczyłam sobie tę oto powieść, miałam ochotę na kryminał z dodatkiem thrillera o tle politycznym, nie spodziewałam się żadnego arcydzieła... No cóż!
           Artie Cohen, detektyw FBI, który postanowił sobie uciec z rodzinnej Rosji w wieku szesnastu lat, podczas spaceru znajduje na placu zabaw... zwłoki. Dokładniej to zwłoki dziewczyny, na dodatek owinięte taśmą izolacyjną. Wkrótce okazuje się, że to nie ona była prawdziwym celem, a córka przyjaciela naszego Artiego. A ponieważ on bardzo ją lubił - postanawia urządzić sobie śledztwo, mimo, że jest na urlopie i w poszukiwaniu mordercy podróżuje z Nowego Jorku do Londynu i z Londynu do Moskwy. Wszystko się komplikuje, bo przecież w sprawę musiały być zamieszane rosyjskie elity.
              No dobra, mamy morderstwo. I było ono opisane tak samo emocjonalnie, jakby po prostu napisać "No, zabili ją.". Ale to nie tylko początek, CAŁA książka była napisana tak drewniano i drętwo, że... szkoda gadać. Czytałam i aż wzdychałam, bo myślałam, że nie wytrzymam tych 420 stron. Jednakże, jeśli historia jest dobra, to styl można by przeboleć...
             Ale dobra nie jest. Liczyłam przynajmniej na ciekawą intrygę, na dobre ukazanie skorumpowania i tego, jak ruscy panują nad tym Londynem. Zawiodłam się w sumie na obydwu rzeczach. Może i ta druga by jeszcze jakaś była, gdyby nie ten kartonowy styl, ale pierwszej nie uratowałoby nic. Miałam uczucie, jakby detektyw Cohen wcale detektywem nie był. Nie myślał, nie śledził. Niby oglądał miejsca zbrodni, niby rozmawiał z różnymi osobami, ale nawet przez chwilę nie dedukował, wszystko opierał na intuicji, na przeczuciu - ostatecznego sprawcę poznajemy gdzieś w połowie i to tylko dzięki temu, że nasz Artie "przeczuwa", że to on. Żadnych komplikacji, nawet żadnych fałszywych śladów...
            No to może chociaż jest troszkę akcji? Jak już zostało wydane w ramach fabryki sensacji, to wypadałoby, ażeby coś się działo. No i właśnie w tym problem, że na to, aby COŚ SIĘ DZIAŁO, czekałam przez całą książkę. I się nie doczekałam. Wszystko było tak okropnie nudne... Nawet nie chodzi o sam rozwój akcji, choć i on zbyt ciekawy nie jest, tylko o znów ten styl  - dłużyzny pojawiające się na każdym kroku sprawiały, że czytanie tego było dla mnie jak męki piekielne. Kiedy po raz kolejny autorka wspominała o tym, jak Cohen się na mordercę denerwuje, jak przeklina swoje rosyjskie pochodzenie, jak rozmyśla ogólnie o Ameryce, Londynie i Rosji, przy okazji przerywając iście pasjonującymi zdaniami typu "Ona zamówiła sobie martini, a ja szkocką.", to myślałam, że mnie coś trafi...
            Wypadałoby coś napomknąć o postaciach, ale w sumie nie ma po co. Niby był Artie, niby był jego przyjaciel i córka owego przyjaciela, tak bardzo przez Cohena uwielbiana. Przewijało się bardzo wiele postaci, ale do jasnej cholery - co z tego, skoro każdy z nich był tak bezpłciowy, nudny, jak tylko mógł? Mogłabym powiedzieć, że zamiast tych 10-15-20 postaci były 2 - model damski i model męski. Ale każdy, nawet, jeśli z początku nie wykazuje tego, pomaga głównemu bohaterowi. Oprócz mordercy. Jednak autorka postanowiła też wyróżnić jednego bohatera i żeby dodać mu "charakteru" zmusiła go do kończenia każdego zdania wyrażeniem "człowieku", co brzmiało równie realnie i prawdopodobnie, jakby podszedł do was typowy "dres spod osiedla" i każde zdanie przetykał fragmentami uznanej poezji.
            Dodam jeszcze do tego stosu żalu rzecz, która mnie irytowała w tłumaczeniu. Zamiast "Poszedłem do miasta" było "Poszedłem do city". Po jakie licho, pytam się, po jakie licho?!
          Autorka skupiła się na przedstawieniu mentalności ruskich i nie wiem, ile w tym było prawdy, a ile jej fantazji, lecz trudno było mi w to "wsiąknąć". Bo w takim "Sejfie" to faktycznie uwierzyłam w skorumpowane służby, a tutaj jakoś tak... posucha.
          Czy jest tutaj jakaś zaleta? Szczerze, nie mam pojęcia. Mam jednak przeczucie, że nie jest to dno całkowite, więc daję temu... 2/10. Jestem zdenerwowana straconym czasem.