piątek, 31 października 2014

Żyć czy nie żyć, czyli Nie mów nikomu.

 Od dawna miałam zamiar zacząć przygodę z tym autorem. We wrześniu udało mi się nawet zakupić inną książkę tego autora - "Bez pożegnania", ale na zakupieniu się skończyła, była z planu czytelniczego wypierana przez inne. Aż tu pewnego dnia, mając ochotę na w miarę krótki, ale dobry thriller z wątkiem kryminalnym, wypożyczyłam "Nie mów nikomu".
      Beck był szczęśliwym człowiekiem. Miał kochającą żonę... Właśnie, miał. Do czasu, gdy pada ofiarą seryjnego mordercy, KillRoya. Nie pozbierał się przez całe osiem lat od jej śmierci, aż nagle otrzymuje tajemniczy e-mail z dowodem na to, że jego ukochana, Elizabeth, żyje. Tymczasem w ich sekretnym miejscu znalezione zostają dwa ciała, mające najwyraźniej związek ze zbrodnią, a sprawa znów zostaje odkryta. Kto znajdzie się w kręgu podejrzanych? Kto naprawdę zabił? O co chodziło? I czy Elizabeth naprawdę nie żyje?
     Tyle można powiedzieć, żeby nie zdradzić zbyt wiele z fabuły, a jest ona naprawdę nieprzewidywalna, skomplikowana i intensywna. Genialna. Bierze w niej udział wiele postaci, ale spokojnie można się połapać, kto co zrobił i kim kto jest - przynajmniej w tych rzeczach, które autor nam zdradził. Na początku praktycznie nic nie wiemy, z czasem się wyjaśnia coraz więcej, aby skończyć wielkim zwrotem akcji, i to nie jednym. Nie, nie udało mi się nawet trochę zbliżyć do rozwiązania zagadki samemu. Dopiero, jak wszystko było już wiadome, miałam pojęcie, a i tak... jest na tyle skomplikowane, że przez cały następny dzień jeszcze raz sobie wszystko układałam. Obfitująca w emocje, sceny sensacyjne. Czyta się, po prostu, z zapartym tchem. Fabuła zasługuje na najwyższą ocenę - i taką dostaje. Rzadko zdarzało się, żebym czytała po nocy - nie lubię tego robić, jak już "nołlajfię" to tylko przy grach. A tutaj tak było, bo... po prostu nie mogłam się doczekać, jak się to wszystko skończy.
      Z bohaterami jest trochę gorzej. Co prawda w przypadku głównego bohatera, Elizabeth, jego siostry oraz paru innych ważnych postaci, wiemy, co nimi kieruje, jaki mają motyw, ich działania są uzasadnione, tak w przypadku dalszych, ale nadal potrzebnych dla fabuły, zabrakło mi tego. Możnaby nawet wydłużyć tą, i tak krótką, książkę, byle tylko bardziej było widać ich profil psychologiczny. Tego mi zabrakło, ale przy całokształcie ta wada traci na znaczeniu. Zwłaszcza, że i tak są przekonujący i nie ma osoby, która nie miałaby jakiejś roli.
      Styl jest prosty, ale nie banalny. Przejrzystość tutaj jest zaletą - przy natłoku postaci i wątków, nie da się pogubić - i to jest to.  Nie ma błędów logicznych, wszystkie elementy układanki na końcu są na swoim miejscu. Idealnie dopracowane, zaskakujące. Czytając automatycznie się myśli o rozwiązaniu zagadki, bo niewiadomych jest wiele i nie są tak oczywiste....
   Fabuła jest celująca, styl pisania świetny, bohaterowie również - ale ci mniej zaakcentowani w akcji, ale w ostatecznym rozwiązaniu mający duży wpływ, byli zbyt mało rozwinięci pod względem psychologicznym. Jak już jednak wspomniałam, ta wada jest niczym przy całokształcie, który zasługuje na mocne 9/10.

czwartek, 30 października 2014

O złu, wolności i manipulacji, czyli Istota Zła.

Właściwie, decyzja o zakupie tego była impulsem. Miałam 100 złoty na prenumeraty, i postanowiłam, że sobie wezmę to, bo zakończone, wesprę Jednotomówki i na dodatek 26 zł za niejako dwa tomy. Nie miałam wygórowanych oczekiwań. Czy zostałam zaskoczona? I tak, i nie...
      Manga opowiada o Zenie, który jest przestępcą. Niesamowicie brutalnym przestępcą , który zabija tylko z jednego powodu: Chce czuć się wolny. Nie więzi go prawo, jak ktoś mu przeszkadza - eliminuje go. Nie obchodzi go etyka. Jednakże, podczas jednego z jego wypadów zostaje ranny, po czym opatruje go lekarz w pobliskiej wiosce. Później natomiast, gdy był już gdzie indziej, napadł go morderczy szał, nad którym nie mógł panować. Nie mogąc znieść myśli, że coś go może ograniczać, postanowił razem z napotkanym lekarzem odnaleźć tego źródło...
      Jak można się do myśleć, pierwsze skrzypce gra Zen - i muszę przyznać, że do samego końca nie do końca ogarnęłam, "co mu w duszy gra". No chyba, że próbuję się za dużo dopatrzeć, ale wydaje mi się, że coś jeszcze jest... Ważną postacią jest też Hakka, owy lekarz. Poznajemy również niewidomą dziewczynę Riin, która może sama w sobie najważniejszą postacią nie jest, ale osoby z jej środowiska okazują się odgrywać naprawdę dużą rolę w fabule, która okazuje się być bardziej skomplikowana, niż na początku była.  Postaci są dość dobrze rozwinięte, mimo ilości tomów - choć jeden tom więcej by im pomógł.
      Dużym plusem w niej jest do, że mimo wszystko, sporo rzeczy mnie zaskoczyło. Osoby, które wydawały się być epizodyczne, okazywały się ważne, oraz na odwrót. Intryga również okazuje się głębsza, niż się wydawało - chociaż nie jest to majstersztyk, ale naprawdę można było się w nią, po prostu, wciągnąć.  Całość czytało się jak dobry film sensacyjny - dużo strzelanin, intryga, ale też coś więcej...
     Naprawdę mnie zdziwiło to, że podczas czytania tego zaczęłam się wręcz zastanawiać nad "Istotą Zła". Czy to był zamierzony zabieg, czy nie, to mimo tego, że zaczęłam to czytać w celu wyłącznie rozrywkowym, trochę rozmyślań mnie dopadło. Nie, nie ma co oczekiwać filozofii, jest to raczej nadinterpretacja z mojej strony - ale jednak sprawiło to, że było czymś więcej niż zwykłą nawalanką z intrygą - tylko, że dość dobrą.
  Jak autorka wielokrotnie na "paskach" z boku wspomina, historia miała być przeznaczona na więcej niż 2 tomy, ale wyszło jak wyszło - i z jednej strony to dobrze, że jest akurat tyle - akcja nie zdąża zanudzić, ale nie jest też zbyt szybka. Minusem tego jest to, że postaci nie były rozwinięte tak dobrze, jak mogłyby być, choć i tak - jest dobrze, jak na dwa tomy.
  Mangę wydało wydawnictwo Waneko w serii "Jednotomówki Waneko". Dzięki temu zamiast mieć dwa tomy po 20 złotych mniejszego formatu, mamy powiększony format, złączone dwa tomy oraz przystępną cenę - 26 zł. O ile zazwyczaj nie lubię omnibusów, tak tutaj, przy 390 stronach, wygląda zgrabnie i nie jest "cegłą" - ba, prezentuje się lepiej, niż wyglądałyby dwa tomy osobno. Tłumaczenie jest w porządku, aczkolwiek w dwóch czy trzech miejscach brzmiało nieco nienaturalnie i to dało się wyczuć. Brak kolorowych stron, obwoluta śliska, ale naprawdę ładna. Zastanawia mnie tylko, czy "pikseloza" na części okładki (będzie pokazane na dodanym zdjęciu) jest celowa... Natomiast jakość druku bez zarzutu, "łupieżu" brak.
  Krótko mówiąc: Porządna manga sensacyjna, w dość dobrze rozwinięci bohaterowie, zaskakująca intryga, świetne wydanie - polecam, bo dużo wydatku to nie jest. Ale uprzedzam - nie jest to też arcydzieło. Jest naprawdę dobre, ale nie oczaruje. 8/10 - może to i za dużo, ale czuję, że taka ocena jest odpowiednia. Ale nie należy podchodzić do tej mangi z wygórowanymi oczekiwaniami.







środa, 29 października 2014

Muzyczny Przegląd #5

Czy zdążę na środę, czy zdążę? Prawdopodobnie zdążę! A jak nie, to w czwartek. Zatem lecę, śpieszę się, pędzę, by zdążyć z kolejnym Przeglądem! Playlista: klik

1.  Poets of a Fall - Carnival of Rust

Dość ciche, spokojne i poetyckie. Ładne, ale brakuje tego "pazura", ale z każdą minutą coraz lepsze. Ostatecznie na plus.

2. Silent Hill: Homecoming - One More Soul to the Call

Znowu z Silent Hilla, który pojawił się też w pierwszym przeglądzie. Ale jak dobre, to czemu nie pokazywać? Wokalne kompozycje z tej serii mają to do siebie, że posiadają pewną... "magię", wspomaganą delikatną muzyką. Ogółem, tekst jest świetny, a refren to czysta niesamowitość. Amen.

3. Peter Crowley - Ignis Divinius
Bardziej symphonic niż metal, ale może to i dobrze? W sumie, w stylu podobne nieco do Rhapsody of Fire, ale zachowujące własny styl. Ma w sobie głębię, epickość, dynamikę i dobre wokale - wszystko, czego potrzeba symfonicznemu metalowi. Ale tutaj bardziej symfonicznemu, niż metalowi.

4. Iron Fire - March of the Immortals
Dobry power metal, i właściwie nic specjalnego, a nawet mającego dość poważną wadę - dość słabego, mało charyzmatycznego wokalistę. Tak jest świetnie, ale ten wokalista... nieco psuje ostateczny efekt.

5. Orden Ogan - Things We Believe In
Teraz znowu power metal, ale nietypowy, zarówno tematyką, jak i po prostu, że ma swój własny, unikalny styl. Jest po prostu świetne, Wokal przekazuje po prostu... moc, a refren... boski. Rzecz, którą należy się zachwycać.

6. Xanthochroid - Land of Snow and Sorrow [Wintersun cover]
Cover piosenki zespołu Wintersun, który jednak od oryginału się dość różni. Jest dość delikatny oraz folkowy, mający w sobie magię, spokój i zupełnie inny klimat. Świetne. Lekkie, dające powiew zimy.

7. Wintersun - Land of Snow and Sorrow
O wilku mowa - o to oryginał poprzedniego utworu. Jak słychać, znacznie inny od coveru - i do tego dwa razy dłuższy. Mocniejszy i cięższy. Świetne, mocne wokale. Ale nie jest przygniatający klimatem, jego melodyjność "unosi" piosenkę.

8. Funeral - Yield to Me
Jak przystało na porządny doom metal, od początku wprowadza ciężką atmosferę, która ma w sobie "to coś". Wciągające w klimat, wokale nie rozpraszają, a nawet dodają coś od siebie, dzięki czemu utwór jest jeszcze lepsze. Nie męczy, mimo mocnego klimatu ma w sobie magię.

9. Demons and Wizards - Fiddler on The Green
Teraz dla odmiany, coś lżejszego muzycznie, ale nadal w smutnawych klimatach. Delikatna gitara i wokale tworzą tą piosenkę, sprawiając, że się naprawdę wyróżnia.

10. Neverland - Into the Horizon
 Zmieniamy klimaty, idziemy w bajeczny symphonic metal. Ładny, bez wokalu, co tutaj bardzo pasuje, bo instrumental jest po prostu wspaniały - można się wręcz przenieść w inną krainę. Sam utwór urozmaicony, porządny.

11. Damage Vault - Passage
Przenosimy się w klimaty przyszłościowe, gdzie Damage Vault daje nam ciekawe połączenie pięknej melodii z ciężką gitarą. Urozmaicone, stuprocentowo instrumentalne. Ma nieco przygnębiający klimat, który naprawdę kojarzy się z dystopijną przyszłością. 

12. Blue Stahli - Metamorphosis
Mocne, świetne, ciężkie gitary połączone tym razem z elektroniką. Wokal natomiast jest kontrastowy - jego fragmenty są ciche i spokojne, choć nie cały, ale muzyka go wręcz zagłusza. Ważne jest jednak to, że efekt końcowy jest naprawdę dobry.

13.  Project Virema - Set The World on Fire
Znów instrumental, melodyjny, słowem: bardzo dobry. Ma w sobie to coś, odpowiednią dynamikę, wszystko do siebie pasuje. Jedna sprawa, że mógłby być wokal, ale czy by tej świetnej kompozycji po prostu nie zepsuł?

14. The Machinist - The Game
Kolejna bezwokalowa, genialna kompozycja. Ciężka i dość "przyziemna", ale naprawdę klimatyczna, bardzo lubię.

15. Versus - Nether Edge

Już ostatni utwór, ale nie, wokalu nie uświadczycie. Tym razem jest to elektronika, ale dobra. W sumie, tylko wyjątki mi się podobają... Ma dość spokojny "przepływ", bardziej się sprawdza jako muzyka tła, ale ma w sobie to coś.

No, jednak na środę zdążyłam! Zapraszam do komentowania, a kolejnym postem będzie recenzja Nie Mów Nikomu autorstwa Harlana Cobena, która pojawi się tak w piątek-sobotę.


poniedziałek, 27 października 2014

Nie ma miejsca na uczucia, czyli Chłopak Nikt.

Ta oto pozycja przykuła moją uwagę od momentu zobaczenia jej w zapowiedziach. Opis, okładka, całość sprawiła, że kupiłam w miesiącu premiery, a przeczytałam tydzień temu - i to bardzo, bardzo szybko. Panie i panowie, oto Chłopak Nikt!
        Zach, lat 16. Na potrzeby misji Benjamin. Jego ojciec umarł, gdy on miał lat 12. Albo inaczej - został zamordowany przez najlepszego przyjaciela jego syna. Zach został postawiony przed wyborem: Czy woli przeżyć i zostać przeszkolonym na żołnierza, czy umrzeć. Wybiera śmierć, nie ma już wszakże niczego, na czym mu zależy. Ale, okazało się, że to był tylko test siły jego osobowości. Od teraz zostaje szkolony w Programie. Szkolony, aby zostać bronią. Nie ma super siły. Zna sztuki walki, ale jego główną siłą jest brak uczuć. Wykorzystuje więzi, aby dostać się do celu. Zakończenie zlecenie to jeden ruch, który decyduje o śmierci.
        Poznajemy go, gdy wykonuje swoje zadanie. Z zimną krwią zabija ojca chłopaka, który przez kilka miesięcy uważał go za przyjaciela. Nie waha się ani chwili, po wykonaniu go "usuwa się". Po jakimś czasie dostaje zlecenie, wokół którego będzie kręcić się fabuła tego tomu. Jest ono dość niecodzienne - ma na jego wykonanie tylko pięć dni. Co więcej, ma zabić prezydenta Nowego Jorku, docierając do niego przez jego córkę, Sam Goldberg. Nie dość, że czas goni, to zadanie jest bardziej skomplikowane, ponieważ Zach jednak jest jeszcze człowiekiem...
        Tyle można napisać, żeby nie zdradzić za dużo. Muszę powiedzieć, że sama historia ma parę naprawdę dość zaskakujących zwrotów akcji, a całość napisana jest z perspektywy pierwszej osoby, opowiadana przez głównego bohatera. I to jest Ś-W-I-E-T-N-E. Normalnie nie przepadam za tą narracją, wolę trzecioosobową, ale tutaj naprawdę pasuje - oddaje uczucia (czy też raczej ich brak?) głównego bohatera, pokazuje jak to jest "być bronią".
        Oprócz niego, poznajemy też innych bohaterów. Sam Goldberg umie zripostować Zacha, ich dialogi są po prostu naturalne i świetnie się je czyta. Howard, klasowy outsider, który wydawał się być mało ważną postacią, odegra jednak dość poważną rolę. Jest też Erika - dziewczyna, którą szczególnie polubiłam, ze względu na jej "teksty na podryw". Wyraźnie próbuje upolować głównego bohatera i dialogi z nią są po prostu... zabawne.
       Niestety, tym razem misja nie idzie tak gładko. Zach wdaje się w romans, swoją drogą naprawdę dobrze opisany i przeprowadzony, poznaje bliżej prezydenta, i nic nie wydaje się już być jasne. Ale czemu misja jest taka krótka? Co ma do tego tajemniczy człowiek, który śledzi chłopaka? I z czym jest związany były chłopak Sam? Muszę powiedzieć, że zakończenie baaardzo mnie zaskoczyło. Całość dynamiczna i aż by się chciało mieć już drugi tom, a tymczasem pewnie trochę poczekam... Czy Zach wypełni misję? Czy zawiedzie? Na to pytanie odpowiedzcie sobie sami, czytając to. Osobiście - 9/10.

piątek, 24 października 2014

Miłość w czasach walki, czyli coś o Niezgodnej.

        Postanowiłam zagłębić się w "to, co czytają zwykłe nastolatki" i powtarza się w niemal każdej biblioteczne na facebookowych stronach o książkach... A zaczęłam od Niezgodnej, bo moja przyjaciółka ją miała. Czy wpasuje się w gust i zacznę czytać więcej "typowych młodzieżówek"? Czy może nie?
   Kiedyś, dawno temu, była jakaś wojna. Nie wiadomo kto z kim, o co, i dlaczego. Po tym, jak świat został zniszczony doszczętnie, grupa ludzi postanowiła sobie, że odbuduje świat, ale żeby zapobiec kolejnej apokalipsie, odbudują jedno miasto, które będzie samowystarczalne. Jak to zrobią? Postanowią "wyeliminować" negatywne cechy i podzielić ludzi na pięć frakcji: Altruizm, Erudycja, Serdeczność, Nieustraszoność i Prawość. Ale żeby tak łatwo nie było, w wieku 16 lat każda osoba przechodzi test, który z założenia ma rozjaśnić, do jakiej frakcji się pasuje. A potem i tak może sobie samemu ją wybrać. Zanim przejdziemy do dalszej części, muszę to powiedzieć: Jak można było wpaść na tak głupi pomysł podzielenia ludzi? Co to za świat, że ludzie mają tylko jedną główną cechę charakteru? I to na dodatek tak mocną? Ludzie z Altruizmu (dobroczynności) nie mogą w ogóle myśleć o sobie, o swoim wyglądzie, tylko skupiają się na innych, a to tylko przykład...Kolejny błąd logiczny - po jakie licho jest ten test, skoro i tak można sobie wybrać jakąkolwiek frakcję? Kontynuujmy. Nasza główna bohaterka, Beatrice, urodziła się w Altruizmie, ale czuje, że do nie do końca do niego pasuje, bo lubi patrzeć się w lustro, a pomaganie innym nie zawsze jej wychodzi. Podczas testu, okazuje się, że jest Niezgodna - bo ma cechy charakteru kilku frakcji, a co więcej, okazuje się, że Niezgodni są niebezpieczni dla systemu i musi za wszelką cenę chronić wiedzę o tym, jaki naprawdę był wynik testu. Podczas ceremonii wyboru, wybiera natomiast frakcję Nieustraszonych. I się zaczyna...
  Książka skupia się najpierw na życiu Beatrice ( a właściwie Tris, bo zmieniając frakcję, zmieniła imię) w Nieustraszonych a potem na początku konfliktu międzyfrakcyjnego (żeby się coś działo, nie?). Sama bohaterka mnie trochę denerwowała - jeden, że jej przemiana była dość sztuczna, dwa, że była... zbyt idealna. Nawet, jak niby miała wady, jak coś się jej nie udało - konsekwencji nie było, bo zawsze znalazł się ktoś, kto to zatuszował albo jej  pomógł. Inni mogli mieć problemy - ona nigdy niczego poważniejszego nie miała. Postacie poboczne, czytaj znajomi z frakcji i rodzina, były już znacznie bardziej strawne, ba, nawet niektóre dałam radę polubić bardziej. Jest jednak też inny główny bohater - tajemniczy instruktor o pseudonimie Cztery, z którym... uwaga, uwaga, nasza bohaterka ma romans! Szczerze... Nie podoba mi się, jak został przedstawiony. Naprawdę niezbyt. Nawet nie chodzi mi o samo "czucie chemii", tylko jak chociażby był opis pocałunku - wcale nie był przekonujący. Ani nie mogłam się wciągnąć w niego, ani rozczulić. Sam Cztery mnie ani ziębi, ani grzeje -  taki sobie człowiek.
    Szczerze, nie mogłam się wciągnąć w fabułę. Całość była na tyle przyjemna, że po prostu czytałam i starałam się wyłączyć umysł na to, co mnie irytowało. Efektem było to, że po prostu nie wczułam się w historię. Przez całą książkę czekałam na tą zapowiedzianą w opisie "wojnę frakcji" i się zawiodłam. Nie dość, że napięcie "przedwojenne" było słabo oddane, to sama wojna też najlepiej zrobiona nie była. Po prostu - nie czułam jej. Pomysł nie był najlepszy - nie podobało mi się.
    Czyli co, główna bohaterka irytująca, kiepski romans, kiepska wojna, błędy logiczne, co, nie ma żadnych zalet, chłam, 1/10? Nie, jest jedna, duża zaleta, dzięki której oceny żadnej książki, która ma tą zaletę, nie zaniżę pod 5/10. A mianowicie - przyjemność czytania. Trzeba tylko wyłączyć się na błędy i można spędzić miło jakieś..,3 godzinki? Coś koło tego. Nie zostanę fanką tej serii (chociaż ją przeczytam, może będzie lepszy kolejny tom...) Ocena końcowa - 5/10.

czwartek, 23 października 2014

Muzyczny Przegląd #4

Kolejny przegląd, który z przyczyny zwanej brakiem czasu pojawia się w czwartek, nadchodzi! A co dzisiaj? Sami zobaczcie...klik!

1. .flow soundtrack - Heaven
 Króciutkie jak nie wiem co, ale ładne, posiada tajemniczą, ale spokojną atmosferę. Proste, ale w prostocie moc.

2.   Annirudh Immaneni - Tyrael
 Kolejny instrumental, tym razem złożony, zaczynający się prosto, ale z czasem coraz mocniejszy i bardziej epicki. Mocne, niestety dość krótkie, polecam.

3. Majesty - Freedom Warriors
 Nie jest to nic specjalnego, ale ma w sobie ten urok. Proste, ale w dobrym stylu, takie... swojskie. Podnoszące na duchu.  Refren niesie w sobie masę pozytywności, naprawdę świetne.

4. HAKEN - Pareidolia
 Teraz coś dłuższego, a mianowicie HAKEN z Pareidolią. Jest to metal progresywny, więc jest trochę eksperymentowania z melodią i dźwiękiem, ale w granicach rozsądku. Wokal sam w sobie urzekający nie jest, ale razem z muzyką sprawia wrażenie... iście magiczne.

5. Pessimist - Another Day in Mania
Thrash, czyli coś czego NIE słucham. Ale ze względu na wokal. A tutaj mamy instrumental, który podoba mi się bardzo. Klimatyczny, manipulujący tempem. Krótko mówiąc: Świetny.

6. Eluveitie - Memento
 Teraz mamy folk metal, znowu instrumental. Świetny, melodyjny, melancholijny. Naprawdę, naprawdę polecam.

7. Dream Theather - Enemy Inside
 Teraz progresywny metal znowu, ale bardziej energiczny. Tutaj mam już częściowo wątpliwości, czy niektóre...emm... struktury dźwiękowe (?) są dobre, ale całość robi wrażenie i wciąga. Dobre.

8. Primordial - Where greater man have fallen
Coś mocniejszego i cięższego, przy tym długiego. Przez 8 minut można napawać się wspaniałym klimatem i ciężkością. Wszystko do siebie pasuje, jest przemyślane.

9.  Megaherz - Menschmaschine
Tym razem industrial, ale o ciężkim, mocnym klimacie. To kolejna piosenka, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że Niemcy robią najlepsze piosenki z tego gatunku :D Mocne, ciężkie, dobre.

10. Draconian - The last hour of ancient sunlight
Zostajemy przy nieco przygnębiających klimatach, ale tutaj jednak ładnych. Gothic metal prosto ze Szwecji, piękny. Połączenie dwóch rodzajów wokali wychodzi świetnie, i nie ma co temu zaprzeczać.

11. Vaudeville - Tainted Passerby
Teraz coś spokojniejszego, ale klimatycznego. Magiczne.

12.  Thomas Giles - Scared
 Całkowicie spokojne, delikatna gitarka w tle, lekki wokal. Uspokajające, ale nie dające rady zanudzić dzięki swojej długości.

13. ShannoN - Long Gone
Klasyczny hard rock w dobrym, starym stylu. Chwytliwe, porządne, ale nie coś, w czym można się zakochać.

14. Miracle of Sound - Shadow of The Ash
Kolejna dobra rzecz od Miracle of Sound, tym razem inspirowana Cieniem Mordoru. Melodyjne, wpadające w ucho, naprawdę dobre. Można by się przyczepić tylko do wokali - brakuje w nich takiego... pazura. Poza tym - świetne.

15. Crytek - Army of Ghosts
Teraz o dziwo, coś typu techno. Naprawdę wpada w ucho, chociaż jeden typ wokali niemal kaleczy moje uszy, to jednak w całości jest naprawdę znośne - a skoro sama melodia zmusiła mnie do pobrania tego i słuchania dość często, to coś w tym jest.

No, to tyle na dzisiaj! Kolejny przegląd w środę, a przed tym będzie recenzja... albo dwie ;) A czego? Zobaczycie.



poniedziałek, 20 października 2014

Sprawiedliwość zostawmy Bogu, czyli coś o Sędzim.

    Postanowiłam pójść sobie do kina - a bo czemu nie. Miałam iść na Draculę - bo jak do kina, to na coś efekciarskiego. Ale z różnych przyczyn poszłam na Sędziego. I zawiedziona nie jestem. Może dlatego, że nie miałam też wielkich oczekiwań, ba, wydawało mi się, że będzie nudny - ale co to ma za znaczenie, kiedy mi się po prostu podobało.

    Główny bohater, adwokat Hank, odnosi same sukcesy, niekoniecznie uczciwie. Jednakże, jedną z rozpraw przerywa mu telefon, w którym dowiaduje się o śmierci matki. Wraca do swojej rodzinnej mieściny i już chwilę później dowiaduje się, że jego ojciec, będący tutaj sędzią, jest oskarżony o morderstwo. Mimo, że go niezbyt lubi, rodziny trzeba bronić. I to robi.
   Wbrew pozorom główna oś fabuły nie skupia się na odkrywaniu prawdy w wykonania adwokata, co więcej, ten wątek jest raczej tłem dla obyczajówki, ale tłem, bez którego całej akcji by nie było. Z jednej strony szkoda, ale z drugiej, gdyby tu jeszcze chcieli kryminał wcisnąć, to byłoby za dużo, a jakby był tylko kryminałem połączonym z thrillerem sądowym, to już by nie był ten Sędzia. W każdym razie, skupia się głównie na relacjach ojca z synem, choć jest też parę innych wątków, dotyczących m.in. dawnej miłości naszego adwokata. I muszę przyznać, że emocje są bardzo dobrze ukazane, naprawdę dobrze. Ale, żeby ani nie była to przewlekła obyczajówka, ani wyciskacz łez, dialogi okraszono sporą ilością ciętego humoru - i muszę przyznać, że to naprawdę wielka zaleta. Smutne momenty nie przytłaczają tak, gdy chwilę później walą ciętą ripostą na prawo i lewo.
    Obsada aktorska pierwszorzędna - Robert Downey jest taki, jakim można się go spodziewać, jego filmowy ojciec też dobrze się spisuje - nie ma co narzekać na sztywne, nienaturalne zachowanie. Aktorzy spisali się pierwszorzędnie, a aktor grający naszego Hanka to nie byle co, jest na co popatrzeć^^
    Czy bohaterowie są sztuczni i nienaturalni? Nie. Czy problemy są nienaturalne? Nie. Czy źle pokazano emocje? Nie, wręcz przeciwnie. Wszystko odegrane dobrze, wszystko wiarygodne. Albowiem to oskarżenie o morderstwo byłoby jeszcze w miarę "akceptowalne", gdyby nie to, że oskarżony jest w podeszłym wieku i ma czwarte stadium raka... Bohaterowie sobie radzą - albo raczej próbują - czy im to wyjdzie? Sami zobaczcie. Sama muszę przyznać, że obrót spraw w niektórych momentach jest zaskakujący - i to naprawdę. Zakończenie mnie baardzo zaskoczyło.
   Muszę też oddać trochę miejsca na soundtrack - jest też bardzo dobry. Ujawnia się w ważnych chwilach, sprawiając, że sam zwraca na siebie uwagę. Jest naprawdę ładny, ale nie jest to coś, co będzie się słuchać latami.
   Nie wymieniłam wad. Może dlatego, że niezbyt je widzę. Główną wadą jest tu to, że niczym się nie wybija - wszystko jest bardzo dobre, ale nic ponadto. Świetni aktorzy, świetnie pokazane uczucia, dobry pomysł. I z tego wyszedł bardzo dobry film. Warto obejrzeć, w Kielcach to aktualnie jeden z najlepszych filmów do obejrzenia o przyzwoitej godzinie - ale i tak polecam zapoznanie się z Sędzią. Jednym się spodoba, drugim nie - a ja należę do tych pierwszych. 8/10.