Długo czekałam na zaznajomienie się z twórczością Johna Greena. Miałam trochę obaw, głównie o to, że okaże się przereklamowany (złe doświadczenia z Hopelessem...), no ale jednak postanowiłam zaryzykować, bo przeczucia miałam mimo wszystko dobre. Nie żałuję ;)
Quentin Jacobsen to nastolatek bezgranicznie zadurzony w swojej znajomej, żądnej przygód, wspaniałej Margo Roth Spiegelman. Nie jest to jednak miłość odwzajemniona, lecz pewnego dnia dzieje się coś, co go niesamowicie zadziwia - właśnie owa dziewczyna pojawia się późnym wieczorem w jego oknie, zaciągając go na niemal całonocną, szaloną wyprawę, a on, rzecz jasna, nie sprzeciwia się. Następnego dnia, kiedy to zaspany pojawia się w szkolnej bramie, odkrywa,że jego wybranka gdzieś zniknęła, pozostawiając po sobie tylko parę wskazówek. No i co biedak robi? No szuka jej.
Zastanawiałam się, czy jest w książkach tego autora coś wyjątkowego, w samej ich esencji. No i wraz z pierwszymi zdaniami mogłam już zweryfikować swój pogląd na ten temat - po prostu autor tak sprytnie łączy przystępny język, z jakąś jego magią, czymś, co sprawia, że nie jest banalny. Po prostu każde zdanie czyta się z przyjemnością, jest takie... miękkie, na dodatek pisarz wcale nie marnuje słów - co chwila albo coś popycha akcję do przodu, albo jest świetnym, humorystycznym przerywnikiem, albo też niesie ze sobą coś głębszego...
Jak można się domyśleć, lwią część książki stanowią poszukiwanie Margo, próby zebrania tych wskazówek w całość, zastanawianie się. Wiele osób narzeka na to, że w środku powieść trochę się dłuży i aż ma się dość tego "Gdzie jest Margo?" - sama owszem, troszkę czułam znużenie w pewnym momencie, ale nie mogę powiedzieć, że byłam tym zmęczona i się nudziłam - wręcz przeciwnie, może i można by było trochę książkę skrócić, ale jak już wcześniej wspominałam - nie ma tu zbędnych momentów.
Poza tym, nie jest to taka zwykła, może i ciekawa, ale bezrefleksyjna historia. Pod tymi całymi poszukiwaniami, kryje się opowieść... właściwie o dojrzewaniu i o odnajdywaniu samego siebie, nie popadając w banały, nie będąc też rozmyślaniami wymuszonymi, a po skończonej historii sama również trochę "pofilozofowałam", a na chociażby ostatnich stronach (choć, rzecz jasna, nie tylko) są takie piękne słowa, że mam przeczucie, że książka trafi do kolekcji "No, raz na jakiś czas zajrzę, przekartkuję, przeczytam parę słów...".
Warto by było też wspomnieć co nieco o bohaterach - no cóż, nie da się ukryć, że są przedstawieni bardzo realistycznie. Intrygujący jest zarówno główny bohater, ze swoimi osobistymi przemyśleniami, jak i Margo, którą przez cały czas próbujemy "odkryć", ale nie są to wyidealizowani ludzie, tylko całkiem normalni nastolatkowie, i jak oni się zachowują. Nie dziwi konfrontacja spojrzenia Quentina, który mógłby cały czas myśleć tylko o odnalezieniu dziewczyny, i jego kumpli, którzy owszem, pomagają mu, ale chcieliby zająć się też swoimi życiami. Każdy ma swoje wady, ot. Normalnie, jak w życiu.
No właśnie, jak już o wadach wspomniałam ,to czy ta książka jakieś ma? Owszem, choć trochę trudno mi je zdefiniować. Jak dziwnie by to nie brzmiało... nie czuję "klimatu" książki. Bo tak to myślę o jakiejś dawnej lekturze - i kojarzę ją właśnie z klimatem. Co nie znaczy, że ta powieść jest mdła - po prostu czegoś brakuje, i myślę, że coraz bliżej mi do zdefiniowania w końcu tego "czegoś". Nie znajdziecie tutaj wyciskania łez, chociaż emocji nie brakuje, a zakończenie jest otwarte - ja jednak nie uznaję tego za wadę.
Co tu dużo mówić - świetne. Po prostu świetne, zostawiające także coś po sobie. Raczej nie zapomnę tego zbyt szybko. Muszę powiedzieć, że długo zajęło mi rozmyślanie nad oceną - ale przecież ja nigdy nie byłam zbytnio skąpa w ocenach, więc chyba mogę pokusić się o 9/10. Bardziej rzetelni mogą sobie ją obniżyć o jedno "oczko".
poniedziałek, 16 marca 2015
niedziela, 15 marca 2015
To wino jakieś takie krwiste jest, czyli "Obsesja" Teda Dekkera.
Pozycja z serii "Było w bibliotece, mogło być nawet ciekawe, więc sobie wypożyczyłam". Nie powinnam tego już teraz mówić, ale chyba jednak niczego się od Londongradu nie nauczyłam...
I mimo wszystko chyba nadal będę wyciągać z biblioteki książki na ślepo.
Stephen Friedman jest całkowicie przeciętnym człowiekiem. Ma swoich przyjaciół, ma swoje problemy, nie jest to jednak nic godnego szerszej uwagi, sam zresztą też nie uważa się za nikogo niezwykłego. Tymczasem jednak w Nowym Jorku umiera zamożna Żydówka imieniem Rachel, a jakoś okazuje się, że nasz główny bohater może być prawdziwym dziedzicem jej fortuny, w tym słynnych Kamieni Dawida. Nic nie jest jednak takie łatwe, ponieważ pewien zbrodniarz wojenny, Gerhard Braun, również jest bardzo zainteresowany zdobyciem tych artefaktów i zleca odnalezienie ich swojemu synowi. Właśnie on, Roth Braun, kupuje kamienicę po Rachel, zaczynając tam swoje poszukiwanie. Motywem łączącym wszystko jest ogarniająca bohaterów obsesja, która okazuje się dotyczyć niekoniecznie skarbu, a wszystko, jak to bywa, ma swoje korzenie w czasach II wojny światowej...Szkoda tylko, że zdarzał y się zdecydowanie lepsze pozycje biorące inspiracje z tego właśnie okresu.
Zacznijmy od początku - motyw obsesji to naprawdę ciekawy temat, jeśli tylko przeprowadzi się go sprawnie, pokaże się jej rozwój, zwłaszcza ze strony psychologicznej, wejdzie się w głowę bohaterów. No cóż... muszę powiedzieć, że wprowadzenie tego motywu nie wypadło zbyt wiarygodnie. Jednego dnia Stephen normalnie zajada sobie pizzę, potem okazuje się, że jest jakaś nikła nadzieja, że to właśnie on jest potomkiem Rachel i nagle gotowy jest przebierać się za kobietę, byle tylko dostać się do mieszkania, byle dostać się do pewnej skrytki. Natomiast Roth Braun obsesyjnie chcę spełniać idee nazizmu nawet w dzisiejszym świecie, zwłaszcza, że uważa, że codzienne picie krwi Żydówzapewnia gładką cerę daje moc. Nie muszę chyba wyjaśniać, jak zażenowana byłam poziomem realizmu akurat tej "obsesji", zwłaszcza, że ani troszkę nie ukazano jej powodów...
Sporą część książki zajmują kolejne, coraz głupsze zresztą, próby dostania się do skrytki przez Stephena. Nie należy do do szczególnie pasjonujących rzeczy, a Rotha (i właściwie wszystko) trudno brać na poważnie. Potem zaczynają się jakieś pościgi, walki... ale napięcia nie wykryto. To się czyta nawet przyjemnie mimo wszystko, ale raczej trudno martwić się o bohaterów. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że...
Bohaterowie również nie są dobrą stroną tego podobno thrillera. O ile Stephen to właściwie normalny człowiek, trudno jakoś zepsuć jego kreację, to jak tylko pojawiał się chociażby Roth, to przybierałam błyskawicznie minę pełną dezaprobaty. A i postacie poboczne, takie jak chociażby parę hipisów , po prostu są. Tacy płascy, ot tyle.
Samo rozwiązanie zagadki mające wiele wspólnego właśnie z czasami II wojny światowej też raczej nie powala. Ilość nagromadzonych, niezbyt realistycznych zbiegów okoliczności sprawia, że owe zbiegi są jeszcze mniej realistyczne, zresztą intryga niezbyt angażuje, a wykonanie finału zbyt dobre też nie jest...
Styl jest zwyczajny, prosty. Nie porywa, ale też nie było fragmentów, w których by istotnie "bolał". Zanim jednak przejdę do podsumowania,wspomnę jednak o jednej, niezaprzeczalnej zalecie - czyta się dość przyjemnie (poza momentami, w których po prostu się nudzisz, bądź załamujesz głupotą) i niesamowicie szybko.
No cóż... thriller to raczej dość mierny, nie mam nic więcej do dodania. Nie polecam nawet jako takie "a, wezmę na ślepo z biblioteki", bo będzie to tylko nawet przyjemne, ale kompletne stracenie czasu, bo ani ta historia nie zostanie w pamięci, ani nic... Mój system oceniania nakazuje mi postawić 4/10 - wad ma co niemiara, ale mimo wszystko czyta się całkiem przyjemnie, chociaż występują momenty/elementy w których to zostaje zaburzone. Nie była to droga przez piekło, ale nikomu bym tego nie poleciła...
I mimo wszystko chyba nadal będę wyciągać z biblioteki książki na ślepo.
Stephen Friedman jest całkowicie przeciętnym człowiekiem. Ma swoich przyjaciół, ma swoje problemy, nie jest to jednak nic godnego szerszej uwagi, sam zresztą też nie uważa się za nikogo niezwykłego. Tymczasem jednak w Nowym Jorku umiera zamożna Żydówka imieniem Rachel, a jakoś okazuje się, że nasz główny bohater może być prawdziwym dziedzicem jej fortuny, w tym słynnych Kamieni Dawida. Nic nie jest jednak takie łatwe, ponieważ pewien zbrodniarz wojenny, Gerhard Braun, również jest bardzo zainteresowany zdobyciem tych artefaktów i zleca odnalezienie ich swojemu synowi. Właśnie on, Roth Braun, kupuje kamienicę po Rachel, zaczynając tam swoje poszukiwanie. Motywem łączącym wszystko jest ogarniająca bohaterów obsesja, która okazuje się dotyczyć niekoniecznie skarbu, a wszystko, jak to bywa, ma swoje korzenie w czasach II wojny światowej...Szkoda tylko, że zdarzał y się zdecydowanie lepsze pozycje biorące inspiracje z tego właśnie okresu.
Zacznijmy od początku - motyw obsesji to naprawdę ciekawy temat, jeśli tylko przeprowadzi się go sprawnie, pokaże się jej rozwój, zwłaszcza ze strony psychologicznej, wejdzie się w głowę bohaterów. No cóż... muszę powiedzieć, że wprowadzenie tego motywu nie wypadło zbyt wiarygodnie. Jednego dnia Stephen normalnie zajada sobie pizzę, potem okazuje się, że jest jakaś nikła nadzieja, że to właśnie on jest potomkiem Rachel i nagle gotowy jest przebierać się za kobietę, byle tylko dostać się do mieszkania, byle dostać się do pewnej skrytki. Natomiast Roth Braun obsesyjnie chcę spełniać idee nazizmu nawet w dzisiejszym świecie, zwłaszcza, że uważa, że codzienne picie krwi Żydów
Sporą część książki zajmują kolejne, coraz głupsze zresztą, próby dostania się do skrytki przez Stephena. Nie należy do do szczególnie pasjonujących rzeczy, a Rotha (i właściwie wszystko) trudno brać na poważnie. Potem zaczynają się jakieś pościgi, walki... ale napięcia nie wykryto. To się czyta nawet przyjemnie mimo wszystko, ale raczej trudno martwić się o bohaterów. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że...
Bohaterowie również nie są dobrą stroną tego podobno thrillera. O ile Stephen to właściwie normalny człowiek, trudno jakoś zepsuć jego kreację, to jak tylko pojawiał się chociażby Roth, to przybierałam błyskawicznie minę pełną dezaprobaty. A i postacie poboczne, takie jak chociażby parę hipisów , po prostu są. Tacy płascy, ot tyle.
Samo rozwiązanie zagadki mające wiele wspólnego właśnie z czasami II wojny światowej też raczej nie powala. Ilość nagromadzonych, niezbyt realistycznych zbiegów okoliczności sprawia, że owe zbiegi są jeszcze mniej realistyczne, zresztą intryga niezbyt angażuje, a wykonanie finału zbyt dobre też nie jest...
Styl jest zwyczajny, prosty. Nie porywa, ale też nie było fragmentów, w których by istotnie "bolał". Zanim jednak przejdę do podsumowania,wspomnę jednak o jednej, niezaprzeczalnej zalecie - czyta się dość przyjemnie (poza momentami, w których po prostu się nudzisz, bądź załamujesz głupotą) i niesamowicie szybko.
No cóż... thriller to raczej dość mierny, nie mam nic więcej do dodania. Nie polecam nawet jako takie "a, wezmę na ślepo z biblioteki", bo będzie to tylko nawet przyjemne, ale kompletne stracenie czasu, bo ani ta historia nie zostanie w pamięci, ani nic... Mój system oceniania nakazuje mi postawić 4/10 - wad ma co niemiara, ale mimo wszystko czyta się całkiem przyjemnie, chociaż występują momenty/elementy w których to zostaje zaburzone. Nie była to droga przez piekło, ale nikomu bym tego nie poleciła...
czwartek, 12 marca 2015
Muzyczny Przegląd #21
No cóż, troszkę czasu minęło od ostatniego przeglądu, ale powracam w chwale! Nie przedłużając, zapraszam! Dzisiaj, jak przystało na okres Wielkiego Postu, będzie trochę "postowych" utworów...
1. Joe Bonamassa - Different Shades of Blue
Świetna muzyka - delikatna, ale pokazująca "pazur" gitara brzmi pięknie, a wokal wszystko dopełnia, natomiast refren jest okropnie chwytliwy. Całość - niesamowicie nastrojowa.
2. This Will Destroy You - Threads
Spokojny post-rock, bez używania żadnych niepotrzebnych efektów - po prostu delikatne "brzdąkanie" gitary, układające się w zwyczajną, ale urzekającą, melancholijną melodię.
3. Apostle of Solitude - This Mania
Całkiem niezła piosenka, ale w sumie nie wiem co o niej napisać - niestety, zwrotki wydają się miejscami zbyt monotonne, ale ogólnie brzmi dobrze.
4. The Gates of Slumber - Death March
Mocny doom metal, pierwszym, co się rzuca w oczy (uszy?) jest świetnie brzmiąca, nisko zestrojona gitara. Później pojawia się klimatyczny wokal, podpierany symbolicznym brzmieniem gitary basowej. Nie nudzi ani chwilę, ma ten typowy dla doomu nastrój, sprawiający, że poza muzyką o niczym się już nie myśli.
5. Age of Taurus - Embrace the Stone
Również doom metalowy utwór, tym razem jednak w energiczniejszym stylu budzącym lekkie skojarzenia ze stonerem (ale tylko miejscami). Znów pojawia się klimatyczny wokal, który pozwala po prostu wczuć się w całość.
6. Arn Andersson - Dawn
Spokojna, ale dość smutna głównie pianinowa piosenka. Ma w sobie to coś, tą melancholię. Aż chce się płakać...
7. Nevermind the Name - Clouds
Znów post-rock, no i cóż... to post-rock, nie ma co wydziwiać. Nie ma "przeambientowania", a bardziej refleksyjna niż dołująca atmosfera wychodzi kawałkowi na dobre.
8. Iceage - Plowing Into the Field of Love
Kawałek w grunge'owym stylu rodem z lat 90. Ma swój klimat i daje to, co powinien: chwilę ucieczki od rzeczywistości. Owszem, można by narzekać na wokalistę, bo cóż... najwyższej klasy on nie jest, ale jednak świetnie przekazuje emocje i po prostu... to się dobrze słucha, tylko trzeba się przyzwyczaić do wokalu.
9. Phlebotomized - Never Lose Hope
Klimatyczny utwór z "postowymi" korzeniami , który najlepiej się słucha na słuchawkach - tak, żeby docenić każdy kawałek, chłonąć atmosferę. Pojawiające się skrzypce dodają kunsztu, a pojawiający się dość późno wokal wszystko dopełnia.
10. Soulfly - Fly High
Porzucamy te melancholijne utwory i szybujemy w stronę czegoś bardziej żywego - o to i świetny, metalowy kawałek. Powtarzający się praktycznie nonstop riff wręcz "wciąga", ale piosenka mimo wszystko jest całkiem różnorodna. Po prostu... dobrze się słucha.
11. Jorn - Living With Wolves
Intro jest po prostu wspaniałe, niestety w zwrotkach poskąpiono trochę gitary, ale sam głos wokalisty to wynagradza. Jest klimatyczny, a kiedy pojawia się refren - jest git.
12. Outrun the Sunlight - The Pace of Glaciers
Nieco djentowy utwór z dużym naciskiem na "ambientowość", ale mimo wszystko bez przesady. Słucha się dobrze, zwłaszcza jako relaks.
13. Damian Murdoch Trio - Jump Rope with Electric Wires
Świetny, ciekawy utwór zespołu tworzącego połączenie bluesa i ciężkiego rocka. Niezwykle wpadający w ucho riff, brak wokali - no i po prostu oni wiedzą, jak się gra! A efektu tej wiedzy słucha się genialnie.
14. Alunah - Awakening The Forest
Doom metal z nieco stonerowym brzmieniem, do tego jeszcze damski wokal i nieco refleksyjna atmosfera. Czego chcieć więcej, skoro wszystko jest świetne?
15. Motor Sister - A Hole
Utwór w klimacie southern rocka, stworzony przez supergrupę w której gra między innymi Ian Scott. Może i nie jest zbyt odkrywczy, ale ta energia, która w tym jest, ta chwytliwość, aż chce się tego słuchać, raz jeszcze i jeszcze!
Tak więc standardowo... Żegnam i miłego słuchania!
1. Joe Bonamassa - Different Shades of Blue
2. This Will Destroy You - Threads
3. Apostle of Solitude - This Mania
4. The Gates of Slumber - Death March
5. Age of Taurus - Embrace the Stone
6. Arn Andersson - Dawn
7. Nevermind the Name - Clouds
8. Iceage - Plowing Into the Field of Love
9. Phlebotomized - Never Lose Hope
10. Soulfly - Fly High
11. Jorn - Living With Wolves
12. Outrun the Sunlight - The Pace of Glaciers
13. Damian Murdoch Trio - Jump Rope with Electric Wires
14. Alunah - Awakening The Forest
15. Motor Sister - A Hole
Tak więc standardowo... Żegnam i miłego słuchania!
wtorek, 10 marca 2015
Od zera do bohatera, czyli "Skazaniec. Na pohybel całemu światu." Krzysztofa Spadło.
Ciąg dalszy nadrabiania dwutygodniowych zaległości. Tym razem pozycja, na którą czyhałam po przeczytaniu recenzji na blogu "Korci mnie czytanie" - i stety/niestety wychodzi na to, że muszę niemal w całości powtórzyć pozytywną opinię z tamtego bloga ;)
Lata 20 ubiegłego wieku. Stanisław Żabikowski, dla znajomych Ropuch, w wieku 22 lat zamiast wkraczać w dorosłość, wkracza do więzienia, i to na nie byle jaki wyrok - czeka go bowiem dożywocie i to w jednym z najbardziej surowych więzieni, znajdującym się we Wronkach. Trafia na oddział 10, a jego problemem będzie nie tylko samo dożywocie, ale też przetrwanie w więziennym środowisku.
Muszę przyznać, że dopiero gdzieś w połowie zorientowałam się, że to nie jest pamiętnik (po prostu coś jakoś mi lata i zdjęcie autora nie pasowały...), a nawet, jak już do mnie to dotarło, to nadal byłam (i jestem) zdania, że mimo wszystko mogłyby to być kogoś wspomnienia, chociaż pewnie tak nie jest. Po prostu wszystko zostało opisane tak sugestywnie, że zapomniałam, że to fikcja. Tylko pomaga w tym właśnie forma pamiętnika; z początku wiadomo, że główny bohater opowiada te wydarzenia, będąc samemu już w podeszłym wieku.
Pierwszym, co mnie urzekło, była po prostu atmosfera. Tak, znowu urzeka mnie atmosfera. W sumie nie ma jakiejś konkretnej, ale czuć ten "klimat" więzienia. Kolejne wydarzenia związane są tłem historycznym, które poznajemy za pomocą wieści od innych więźniów - wyszło to naprawdę ciekawie. Świetnie widać też uczucia nie tylko głównego bohatera, ale i innych (na tyle, na ile to rzecz jasna przy narracji pierwszoosobowej możliwe) - to, jak sobie zaczyna radzić w więziennym świecie to nie tylko wydarzenia, ale także zmiana nastawienia; kiedy jest w miarę "ustatkowany", zachowuje się inaczej, niż wtedy, jak coś go "zrzuci". Widać, co jest dla niego poważnym wstrząsem, a co lekką irytacją, zdziwieniem.
Wydarzenia bieżące przeplatają się z wspomnieniami i rozmyślaniami głównego bohatera na temat swojej przyszłości, siebie. Ogólnie, za jego kreację należy się jeden, wielki plus. Jest tak ludzki, taki normalny, realny, a każde słowo, które czytałam, przywoływały te emocje do życia. Styl po prostu w tym pomaga; chłonęłam to co, czytałam. A zresztą, to trzeba po prostu przeczytać; tak normalnie, a zarazem pięknie, tak prosto, a wspaniale.
Są jeszcze inni bohaterowie, równie realni, jak główny; czasem zachowują się zaskakująco, ale nadal logicznie. Zresztą, to dobrze, że powieść może szczerze zaskoczyć. Tak swoją drogą, w jednym fragmencie się popłakałam, a chociaż na filmach, fanfikach, czy nawet piosenkach płaczę na potęgę, to nie tak łatwo mnie wzruszyć aż do płaczu w "zwyczajnej" książce - tak więc, tutaj też plus.
Chyba oczywistym jest, że atmosfera więzienia została świetnie oddana, więc wypadałoby już kończyć. W sumie nie wypisałam żadnych wad, bo po prostu ich nie widzę... Całkiem wsiąkłam w to miejsce, wsiąkłam w głównego bohatera. Z chęcią sięgnę po drugi tom, który czeka na mnie na półce, bo troszkę pytań zostało, a poza tym... urwało się w takim momencie, że po prostu muszę. Brakuje jednak "czegoś" (tylko czego? A nie wiem...), książka dostaje zasłużone 9/10.
Lata 20 ubiegłego wieku. Stanisław Żabikowski, dla znajomych Ropuch, w wieku 22 lat zamiast wkraczać w dorosłość, wkracza do więzienia, i to na nie byle jaki wyrok - czeka go bowiem dożywocie i to w jednym z najbardziej surowych więzieni, znajdującym się we Wronkach. Trafia na oddział 10, a jego problemem będzie nie tylko samo dożywocie, ale też przetrwanie w więziennym środowisku.
Muszę przyznać, że dopiero gdzieś w połowie zorientowałam się, że to nie jest pamiętnik (po prostu coś jakoś mi lata i zdjęcie autora nie pasowały...), a nawet, jak już do mnie to dotarło, to nadal byłam (i jestem) zdania, że mimo wszystko mogłyby to być kogoś wspomnienia, chociaż pewnie tak nie jest. Po prostu wszystko zostało opisane tak sugestywnie, że zapomniałam, że to fikcja. Tylko pomaga w tym właśnie forma pamiętnika; z początku wiadomo, że główny bohater opowiada te wydarzenia, będąc samemu już w podeszłym wieku.
Pierwszym, co mnie urzekło, była po prostu atmosfera. Tak, znowu urzeka mnie atmosfera. W sumie nie ma jakiejś konkretnej, ale czuć ten "klimat" więzienia. Kolejne wydarzenia związane są tłem historycznym, które poznajemy za pomocą wieści od innych więźniów - wyszło to naprawdę ciekawie. Świetnie widać też uczucia nie tylko głównego bohatera, ale i innych (na tyle, na ile to rzecz jasna przy narracji pierwszoosobowej możliwe) - to, jak sobie zaczyna radzić w więziennym świecie to nie tylko wydarzenia, ale także zmiana nastawienia; kiedy jest w miarę "ustatkowany", zachowuje się inaczej, niż wtedy, jak coś go "zrzuci". Widać, co jest dla niego poważnym wstrząsem, a co lekką irytacją, zdziwieniem.
Wydarzenia bieżące przeplatają się z wspomnieniami i rozmyślaniami głównego bohatera na temat swojej przyszłości, siebie. Ogólnie, za jego kreację należy się jeden, wielki plus. Jest tak ludzki, taki normalny, realny, a każde słowo, które czytałam, przywoływały te emocje do życia. Styl po prostu w tym pomaga; chłonęłam to co, czytałam. A zresztą, to trzeba po prostu przeczytać; tak normalnie, a zarazem pięknie, tak prosto, a wspaniale.
Są jeszcze inni bohaterowie, równie realni, jak główny; czasem zachowują się zaskakująco, ale nadal logicznie. Zresztą, to dobrze, że powieść może szczerze zaskoczyć. Tak swoją drogą, w jednym fragmencie się popłakałam, a chociaż na filmach, fanfikach, czy nawet piosenkach płaczę na potęgę, to nie tak łatwo mnie wzruszyć aż do płaczu w "zwyczajnej" książce - tak więc, tutaj też plus.
Chyba oczywistym jest, że atmosfera więzienia została świetnie oddana, więc wypadałoby już kończyć. W sumie nie wypisałam żadnych wad, bo po prostu ich nie widzę... Całkiem wsiąkłam w to miejsce, wsiąkłam w głównego bohatera. Z chęcią sięgnę po drugi tom, który czeka na mnie na półce, bo troszkę pytań zostało, a poza tym... urwało się w takim momencie, że po prostu muszę. Brakuje jednak "czegoś" (tylko czego? A nie wiem...), książka dostaje zasłużone 9/10.
czwartek, 5 marca 2015
No i zapomniałam, co kupić miałam, czyli "Kurort Amnezja" Anny Fryczkowskiej.
Przepraszam za moją naprawdę długą, bo 2,5 tygodniową nieobecność i chcę ją jednocześnie wyjaśnić - pierwszym powodem był brak internetu, a drugim... padnięcie dysku twardego. Teraz już jakoś jest, więc "zdam sprawę" z tego, co czytałam przez ten czas (niestety nie jest tego tak dużo, jak bym chciała - chwilowe uzależnienie Personą 3 daje o sobie znać). A zatem.. zapraszam!
Do pewnego nadmorskiego kurortu przyjeżdża w środku zimy kobieta imieniem Wanda, "świeża" wdowa, której mąż niedawno zmarł w wypadku. Rzadko się zdarza, żeby ktokolwiek przyjeżdżał do Brzegów poza sezonem, ona jednak ma powód - chce się zemścić na kobiecie, która zniszczyła jej życie. Owa Marianna jednak po tym wypadku straciła pamięć, a teraz przechodzi terapię pod okiem swojego męża i pracuje w kurorcie...
Zdecydowanie osią całej powieści są relacje Wandy z Marianną - nieraz zaskakujące, a przy tym po prostu zajmujące i ciekawe. Mimo szalejącego w tle wątku kryminalnego, po prostu... nie mogłam się doczekać kolejnych dialogów, tego, jak całość wyewoluuje. Ten wątek jest tak świetnie rozbudowany, że innych mogłoby by wręcz nie być, gdyby nie to, że do rozwoju tego były jednak potrzebne.
Bohaterów jest jeszcze trochę poza owymi kobietami, ale nie są oni już tak fascynujący. Po prostu wspierają całą akcję, wszystko, budowane właśnie między tymi dwoma. Ale powtórzę się jeszcze raz - po prostu w te dwie postacie zostało tchnięte całe życie,to one zaciekawiają i po prostu się w nie "wierzy", w ich realność - co nie znaczy, że reszta postaci to po prostu takie "kartony", które służą tylko i wyłącznie wspieraniu głównych bohaterów, a same ani trochę realne nie są - po prostu nie zostały aż tak dobrze rozbudowane.
No ale przecież coś musiało się dziać, no nie? Występuje tutaj co prawda wątek kryminalny, ale jest on zdecydowanie na boku - po prostu musiał on być, żeby parę rzeczy się zaczęło, ale nie jest on zbytnio fascynujący. Najciekawsze jest tutaj powolne odkrywanie przeszłości Marianny, jej przemiana, jej... no, wszystko. Nie umiem się po prostu wyrazić.. w każdym razie, akcja była dosyć ciekawa, ale ona, jak już ileś tam razy wspomniałam, była tylko pretekstem do ukazania relacji.
Styl, którym pisze autorka jest dość... oziębły, lecz świetnie pasujący do całej powieści. Rozdziały pisane są na przemiennie z perspektywy to Marianny, to Wandy - przy tej pierwszej użyta jest narracja pierwszoosobowa, a przy drugiej - trzecioosobowa. Zabieg wyszedł całkiem ciekawie, a wszystko potęguje właśnie styl - zdania świetnie ukazują charakter, nastrój, atmosferę - genialnie.
Jak już wspomniałam o tej atmosferze - po prostu świetnie czuje się ten ciężkawy, ponury klimat. Widzi się ten kurort nie przez pryzmat jego wyglądu zewnętrznego, a właśnie tej atmosfery. Jest namacalna, wyczuwalna, w każdej chwili, stanowi niewątpliwą zaletę.
Podsumowując... czytać! Dość nietypowa powieść (chociaż motyw amnezji wcale do takich nietypowych nie należy, tu jednak jest naprawdę dobrze wykorzystany), po prostu... taka, o której nei zapomni się niedługo po przeczytaniu. Nawet, jeśli nie lubicie literatury ze sporym naciskiem na "obyczajowość", to to po prostu trzeba samemu sprawdzić.
Do pewnego nadmorskiego kurortu przyjeżdża w środku zimy kobieta imieniem Wanda, "świeża" wdowa, której mąż niedawno zmarł w wypadku. Rzadko się zdarza, żeby ktokolwiek przyjeżdżał do Brzegów poza sezonem, ona jednak ma powód - chce się zemścić na kobiecie, która zniszczyła jej życie. Owa Marianna jednak po tym wypadku straciła pamięć, a teraz przechodzi terapię pod okiem swojego męża i pracuje w kurorcie...
Zdecydowanie osią całej powieści są relacje Wandy z Marianną - nieraz zaskakujące, a przy tym po prostu zajmujące i ciekawe. Mimo szalejącego w tle wątku kryminalnego, po prostu... nie mogłam się doczekać kolejnych dialogów, tego, jak całość wyewoluuje. Ten wątek jest tak świetnie rozbudowany, że innych mogłoby by wręcz nie być, gdyby nie to, że do rozwoju tego były jednak potrzebne.
Bohaterów jest jeszcze trochę poza owymi kobietami, ale nie są oni już tak fascynujący. Po prostu wspierają całą akcję, wszystko, budowane właśnie między tymi dwoma. Ale powtórzę się jeszcze raz - po prostu w te dwie postacie zostało tchnięte całe życie,to one zaciekawiają i po prostu się w nie "wierzy", w ich realność - co nie znaczy, że reszta postaci to po prostu takie "kartony", które służą tylko i wyłącznie wspieraniu głównych bohaterów, a same ani trochę realne nie są - po prostu nie zostały aż tak dobrze rozbudowane.
No ale przecież coś musiało się dziać, no nie? Występuje tutaj co prawda wątek kryminalny, ale jest on zdecydowanie na boku - po prostu musiał on być, żeby parę rzeczy się zaczęło, ale nie jest on zbytnio fascynujący. Najciekawsze jest tutaj powolne odkrywanie przeszłości Marianny, jej przemiana, jej... no, wszystko. Nie umiem się po prostu wyrazić.. w każdym razie, akcja była dosyć ciekawa, ale ona, jak już ileś tam razy wspomniałam, była tylko pretekstem do ukazania relacji.
Styl, którym pisze autorka jest dość... oziębły, lecz świetnie pasujący do całej powieści. Rozdziały pisane są na przemiennie z perspektywy to Marianny, to Wandy - przy tej pierwszej użyta jest narracja pierwszoosobowa, a przy drugiej - trzecioosobowa. Zabieg wyszedł całkiem ciekawie, a wszystko potęguje właśnie styl - zdania świetnie ukazują charakter, nastrój, atmosferę - genialnie.
Jak już wspomniałam o tej atmosferze - po prostu świetnie czuje się ten ciężkawy, ponury klimat. Widzi się ten kurort nie przez pryzmat jego wyglądu zewnętrznego, a właśnie tej atmosfery. Jest namacalna, wyczuwalna, w każdej chwili, stanowi niewątpliwą zaletę.
Podsumowując... czytać! Dość nietypowa powieść (chociaż motyw amnezji wcale do takich nietypowych nie należy, tu jednak jest naprawdę dobrze wykorzystany), po prostu... taka, o której nei zapomni się niedługo po przeczytaniu. Nawet, jeśli nie lubicie literatury ze sporym naciskiem na "obyczajowość", to to po prostu trzeba samemu sprawdzić.
niedziela, 15 lutego 2015
Krwisty thriller w krwistoczerwonej okładce, czyli "Duchy Belfastu" Stuarta Neville'a
Książka z cyklu "kupiłam, bo promocja". No jak zobaczyłam takie wydające się ciekawe Duchy Belfastu za 13 złotych w Biedronce, to jak nie miałam tego kupić? No ale długo fermentowała na półce, aż w końcu uznałam, że Walentynki to idealny czas na przeczytanie krwistego thrillera w krwistoczerwonej okładce, bo przecież krew pochodzi prosto z serca...
Gerry Fegan walczył kiedyś w IRA. Ale wiadomo, każda wojna niesie za sobą swoje żniwa i biedaczek widzi teraz 12 duchów - osoby, które kiedyś zamordował. Trudno mu zasnąć bez upicia się, aż wiedziony impulsem dowiaduje się, że jeśli zabije osoby, na których zlecenie kiedyś zabijał, duchy w końcu dadzą mu spokój. Po postanowieniach z Wielkiego Piątku trudno jednak wykonać krwawą zemstę w Belfaście. Tymczasem ginie jedna z owych osób, policja się trudzi, a Gerry ma jeszcze ochraniać pewną kobietę i jej dziecko.
Mimo obecności tego tytułu w kolekcji "Zima z kryminałem", kryminał to na pewno nie jest. Owszem, morderstwa się pojawiają, ale sprawcę znamy od samego początku, a żadna "głębsza intryga" się nie pojawia. Można by pomyśleć, że książka będzie dość przewidywalna i nudna - no bo w końcu od początku wiadomo, że Gerry będzie po prostu te duchy załatwiał, normalnie jak w questach typu "Zabij 10...". I faktycznie, fabułą nie powala, nie czułam się zaskoczona. No dobra, pod koniec poczułam się zaskoczona, ale ostatecznie autor zaskoczenie "odwołał", co mnie bardzo zawiodło.
Powiedziałabym, że mimo wszystko się nie nudziłam, ale to nie do końca prawda. Właściwie wciągnęłam się tak dopiero gdzieś od połowy - mimo, że nadal "pociągów, wybuchów i wybuchających pociągów" nie było. Trudno mi powiedzieć cokolwiek konkretnego o fabule, bo po prostu zbyt interesująca nie była. Ciekawą rzeczą był za to klimat, który autor dał radę wytworzyć - przez cały czas był taki ciężki, melancholijny....
Bohaterowie... Wiem, że zabrzmię bardzo głupio, ale... nie wiem co o nich powiedzieć. Naprawdę, nawet trudno mi powiedzieć, czy są dobrze wykreowani, czy źle. Powiem tak - główny bohater na pewno na plus, "uwierzyłam" w jego lęki, jego osobowość. Natomiast cała reszta pokazuje, że nikt nie jest bez winy. No i o co chodzi? O to, że brakuje przysłowiowego "światełka w tunelu" - wszyscy, a przynajmniej większość, są po prostu źli. Bez żadnych odcieni szarości. Było to po prostu mało prawdopodobne.
Ale zarazem książka pokazuje też, jak wiele zła wyrządziły krwawe wojny w Belfaście. I pokazuje to dobrze. Ma też w sobie całkiem bogate tło historyczno-polityczne, co zasługuje na podkreślenie.
Styl autora jest... prosty. Zwyczajnie. Opisuje to, co się dzieje, bez stosowania żadnych zbędnych ozdobników, nie ma też żadnych poważnych błędów. Nie wyróżnia się niczym, ale czyta się dobrze. Zwłaszcza sceny akcji (chociaż nie takie typowe) zostały dobrze opisane.
Wiem, że ta recenzja w całości nie brzmi zbyt zachęcająco, ale całość była po prostu kawałem dobrej rozrywki. Całkiem niezły pomysł, dobry klimat i styl autora, oraz mimo wszystko niezły wgląd w psychikę głównego bohatera to naprawdę zalety całkiem mocne. Właśnie, co do ostatniego słowa - ogólnie cała książka jest "mocna". 7/10
Gerry Fegan walczył kiedyś w IRA. Ale wiadomo, każda wojna niesie za sobą swoje żniwa i biedaczek widzi teraz 12 duchów - osoby, które kiedyś zamordował. Trudno mu zasnąć bez upicia się, aż wiedziony impulsem dowiaduje się, że jeśli zabije osoby, na których zlecenie kiedyś zabijał, duchy w końcu dadzą mu spokój. Po postanowieniach z Wielkiego Piątku trudno jednak wykonać krwawą zemstę w Belfaście. Tymczasem ginie jedna z owych osób, policja się trudzi, a Gerry ma jeszcze ochraniać pewną kobietę i jej dziecko.
Mimo obecności tego tytułu w kolekcji "Zima z kryminałem", kryminał to na pewno nie jest. Owszem, morderstwa się pojawiają, ale sprawcę znamy od samego początku, a żadna "głębsza intryga" się nie pojawia. Można by pomyśleć, że książka będzie dość przewidywalna i nudna - no bo w końcu od początku wiadomo, że Gerry będzie po prostu te duchy załatwiał, normalnie jak w questach typu "Zabij 10...". I faktycznie, fabułą nie powala, nie czułam się zaskoczona. No dobra, pod koniec poczułam się zaskoczona, ale ostatecznie autor zaskoczenie "odwołał", co mnie bardzo zawiodło.
Powiedziałabym, że mimo wszystko się nie nudziłam, ale to nie do końca prawda. Właściwie wciągnęłam się tak dopiero gdzieś od połowy - mimo, że nadal "pociągów, wybuchów i wybuchających pociągów" nie było. Trudno mi powiedzieć cokolwiek konkretnego o fabule, bo po prostu zbyt interesująca nie była. Ciekawą rzeczą był za to klimat, który autor dał radę wytworzyć - przez cały czas był taki ciężki, melancholijny....
Bohaterowie... Wiem, że zabrzmię bardzo głupio, ale... nie wiem co o nich powiedzieć. Naprawdę, nawet trudno mi powiedzieć, czy są dobrze wykreowani, czy źle. Powiem tak - główny bohater na pewno na plus, "uwierzyłam" w jego lęki, jego osobowość. Natomiast cała reszta pokazuje, że nikt nie jest bez winy. No i o co chodzi? O to, że brakuje przysłowiowego "światełka w tunelu" - wszyscy, a przynajmniej większość, są po prostu źli. Bez żadnych odcieni szarości. Było to po prostu mało prawdopodobne.
Ale zarazem książka pokazuje też, jak wiele zła wyrządziły krwawe wojny w Belfaście. I pokazuje to dobrze. Ma też w sobie całkiem bogate tło historyczno-polityczne, co zasługuje na podkreślenie.
Styl autora jest... prosty. Zwyczajnie. Opisuje to, co się dzieje, bez stosowania żadnych zbędnych ozdobników, nie ma też żadnych poważnych błędów. Nie wyróżnia się niczym, ale czyta się dobrze. Zwłaszcza sceny akcji (chociaż nie takie typowe) zostały dobrze opisane.
Wiem, że ta recenzja w całości nie brzmi zbyt zachęcająco, ale całość była po prostu kawałem dobrej rozrywki. Całkiem niezły pomysł, dobry klimat i styl autora, oraz mimo wszystko niezły wgląd w psychikę głównego bohatera to naprawdę zalety całkiem mocne. Właśnie, co do ostatniego słowa - ogólnie cała książka jest "mocna". 7/10
czwartek, 12 lutego 2015
Muzyczny Przegląd #20
Oto i przed wami okrągły, 20 przegląd. I z okazji tej okrągłej liczby, piosenek będzie nie 15, a... 25! Właściwie to nie z powodu okrągłej liczby, tylko z pewnych zaległości, ale ciii... Miłego słuchania!
1. Rootwater - Living in The Cage
Świetny, polski metal. Ma w sobie tego świetnego powera, no i aż coś przyciąga do słuchania tego w kółko. Co prawda zwrotki i główny riff aż proszą się o urozmaicenie, ale spora część jest po prostu magiczna. A wokal - świetny.
2. TesseracT - Of reality/Eclipse
Metal progresywny z nieco djentowym brzmieniem. Nie da się ukryć, ma w sobie to coś, odrzuca od rzeczywistości, a czyste wokale idealnie to wspaniałe. Słuchawki, spokój i można się przenieść gdzieś zupełnie indziej.
3. Modern Day Babylon - Travelers
Djent w naprawdę świetnym wydaniu. Brzmienie to ideał, melodie wręcz hipnotyzują, a brak wokalu tylko wszystko poprawia. Słuchać.
4. Anup Sastry - Boss Level
Można by powiedzieć, że to takie metal techno. Właściwie to nie ma żadnych typowo elektronicznych dźwięków, ale konstrukcja jest podobna - nagrywa się pojedyncze brzmienia gitary i składa w całość. Nie da się tego raczej zagrać, ale można za to sobie posłuchać świetnego djentu.
5. Nero Di Marte - L'Eclisse
Świetne post-metalowe, klimatyczne dzieło. Ma okropnie ciężką atmosferę, ale i ma w sobie to coś, a tym czymś jest właśnie ta atmosfera. W trakcie piosenki pojawia się wokal, jednak nie gra on żadnej większej roli; mimo to dobrze podkreśla całość.
6. Shokran - Sands of Time
Świetny progresywny metal z djentowym posmakiem. Po prostu świetnie się tego słucha, nie mam nic do dodania.
7. Psycroptic - The World Discarded
Pierwszy raz na playliście pojawia się death metal. Ale zanim ominiecie tą pozycję, przeczytajcie - jest to techniczny death metal, więc genialne riffy mamy zapewnione. A to jest death metal z wokalem odmiennym niż typowy dla tego gatunku. Nadal nie jest to mój ulubiony, ale już lepszy. A że całość jest okropnie chwytliwa...
8. Chon - Newborn Sun
Dość spokojna, można by powiedzieć, że "chilloutowa" gitarowa melodia. Do posłuchania, ale bez szału.
9. Tanzwut - Bruder im Geiste
Piosenka po języku zwanym również diabelskim lub demonicznym, czyli po niemiecku. Niestety cierpi na tą samą przypadłość co nie tak znowuż mało niemieckich zespołów, czyli - refren chwytliwy, ale zwrotki już niekoniecznie. Mimo wszystko folkowy posmak i owy refren załatwiają większość.
10. Wiedźmin OST - Believe
Melodia przy napisach końcowych z Wieśka... Piękna, niepowtarzalne. Skrzypce nadają klimat... A co ja mówię, wszystko tutaj nadaje klimat. Wszystko jest świetne. Magia.
11. Boeralis - Where we started
Melodyjny power metal. Może i zwrotki się niezbyt wyróżniają , ale są okej, no i w całości słucha się dobrze.
12. Black River - Free Man
Co prawda dość prosty utwór, ale ta melodia ma w sobie to coś. Jakąś magię. Niestety, wokal jest mało urozmaicony, czy to w zwrotkach, czy w refrenie. Ale można tego słuchać, i to dość długo.
13. Down - Nothing In Return
Ten zespół wykonuje teoretycznie "southern metal". Ten kawałek jest po prostu piękny - taki urzekający, tą gitarą, tym wokalem... Prosty, ale klimatyczny. Naprawdę mi się podoba.
14. ZOAX - Zero Point Seven
Trudno mi coś o tym powiedzieć - chwytliwe, ale czy ma coś w sobie poza tym? Nie wiem, naprawdę nie wiem.
15. Adrenaline Mob - The Devil Went Down To Georgia
Cover takiej jednej piosenki - i naprawdę daje radę. Gitary tutaj to sam miód, a i wokal wyrabia. Słuchać.
16. Seventh Void - Death Of A Junkie
Dobry kawałek dooma zawsze się przyda. Ten akurat jest świetny, nie zanudza. Takiej dobrze stonowanej gitary aż dobrze się słucha, a "oddalony" wokal naprawdę dobrze pasuje.
17. Phyve - Alex Stap
Teraz wracamy do progresywno-djentowych klimatów. Mały, miły kawałek, idealny do relaksu.
18. Coma Cinema - Caroline, Please Kill Me
Spokojna, miła piosenka (mimo tego sugestywnego tytułu) i aż się chce przesłuchać jeszcze raz. I jeszcze raz. Że już niby 3 nad ranem? A tam.
19. Neolithic - Pledge
Znów polski zespół, tym razem w klimatach... progresywnego dooma? Może. Mimo nieco mroczniejszego klimatu, nadal jest dość energicznym utworem. Wokale idealnie pasują do klimatu piosenki i naprawdę dobrze się tego słucha.
20. Indukti - Shade
Polski progresywny metal, mimo to w spokojnych, melancholijnych, ale mimo wszystko magicznych klimatach. Delikatny wokal nie jest tylko dopełnieniem, ale pełni w całości naprawdę istotną rolę. Praca gitary jest świetna, melodia urzekająca. Czego chcieć więcej?
21. Indukti - And Who's The God Now!
Ten sam zespół, ale naprawdę warto zwrócić na niego uwagę. Tym bardziej, że ten utwór jest jeszcze lepszy. Długi wstęp świetnie wprowadza w klimat utworu, a jak już zaczyna się muzyka "właściwa", jest już po prostu pięknie. Słuchać!
22. Suns of The Tundra - Paper Wraps Stone
Naprawdę świetna piosenka, mająca w sobie i coś energicznego, i melancholijnego. Nic, tylko słuchać.
23. Time Requiem - Grand Opus
Power neoklasyczny metal - intro po prostu jest idealne :D Keyboard idealny, jest świetnym dopełnieniem tej melodii. Refren idealnie chwytliwy, szkoda tylko, że zwrotka trochę brzmi jak "kolejny przeciętny power metal".
24. Chassis - Never Give Up
Polski zespół - i znów naprawdę dobry ;) Intro świetne, a reszta nie jest nadto monotonna. Wokal i gitara brzmią po prostu świetnie.
25. Lucca Jan D. - Niepokoje
Pod koniec coś niezwykłego. Mamy Polaka i mamy gitarę. Powstaje obraz niepokojący, powolne dźwięki gitary tkają klimat. Nawet wokal, mimo, że niespecjalny pod względem technicznym, tutaj tylko dopełnia obraz "niepokoi". Polecam.
No cóż, trochę tego było! Do przeczytania i miłego słuchania raz jeszcze!
1. Rootwater - Living in The Cage
2. TesseracT - Of reality/Eclipse
3. Modern Day Babylon - Travelers
4. Anup Sastry - Boss Level
5. Nero Di Marte - L'Eclisse
6. Shokran - Sands of Time
7. Psycroptic - The World Discarded
8. Chon - Newborn Sun
9. Tanzwut - Bruder im Geiste
10. Wiedźmin OST - Believe
11. Boeralis - Where we started
12. Black River - Free Man
13. Down - Nothing In Return
14. ZOAX - Zero Point Seven
15. Adrenaline Mob - The Devil Went Down To Georgia
16. Seventh Void - Death Of A Junkie
17. Phyve - Alex Stap
18. Coma Cinema - Caroline, Please Kill Me
19. Neolithic - Pledge
20. Indukti - Shade
21. Indukti - And Who's The God Now!
22. Suns of The Tundra - Paper Wraps Stone
23. Time Requiem - Grand Opus
24. Chassis - Never Give Up
25. Lucca Jan D. - Niepokoje
No cóż, trochę tego było! Do przeczytania i miłego słuchania raz jeszcze!
Subskrybuj:
Posty (Atom)




