środa, 14 października 2015

Śmiertelnie groźne wychowanie, czyli "Księga cmentarna" Neila Gaimana.

W sumie to nic ciekawego w związku z tą książką nie było. Po prostu wraz z moim poznawaniem twórczości Neila Gaimana i zobaczeniem tej pozycji w bibliotece postanowiłam przeczytać ;)

Oryginalny tytuł: The Graveyard Book
Wydawnictwo: Mag
Ilość stron: 280
Gatunek: Fantastyka















Pewnego dnia zabita została praktycznie cała rodzina. Nikt nie wie dlaczego, nikt nie wie przez kogo. Mężczyzna z kruczoczarnymi włosami nie zdołał jednak całkowicie wypełnić swojego zadania. Z domu wydostało się najmłodsze dziecko, wtedy jeszcze niemowlę. Cud sprawił, że dotarło na cmentarz, gdzie...zaopiekowały się nim duchy. 

I w ten sposób Księga Cmentarna jest swoistą kroniką dorastania Nikta (tak bowiem chłopak zostaje nazwany, w skrócie Nik). Składa się z opowiadań ukazujących kolejne etapy w jego życiu... I tu trzeba powiedzieć o pierwszych schodach. Nie wiem czemu, ale tej książki Gaimana po prostu "nie poczułam". Po prostu zabrakło mi atmosfery, ale mam pojęcia, czy to kwestia mnie, czy książki. Często wydawała mi się jakaś toporna, jakby Neil Gaiman miał naprawdę fajny pomysł (bo jest świetny, serio!), ale niezbyt wierzył w jego realizację, więc napisał z morałem, rzemieślniczo, ale bez przekonania.

Na dodatek bardzo denerwowała mnie epizodyczna struktura powieści. Normalnie opowiadania mi nie przeszkadzają, ale w takich przypadkach po prostu czuć te postacie, czuć wiarygodność. Tutaj natomiast... no po prostu nie potrafiłam się zaangażować. Bohaterowie teoretycznie byli dobrze skonstruowani, ale praktycznie to dopiero w przedostatnim rozdziale zaczęłam się przejmować ich losami. Zdecydowanie pomogłoby w zżyciu z postaciami napisanie tej książki jako całość, nie jako opowiadania, wtedy jednak zabrakło by elementu pokazania dorastania...

Który jest ważny z tego względu, że to książka skierowana głównie do tzw. młodszej młodzieży. I praktycznie każde z opowiadań kończy się jakimś morałem, nawet, gdy nie podanym dosłownie, to jednak bardzo zauważalnie. Tutaj jest właśnie główna "młodzieżowość" książki ukazana, bo w całej reszcie może się spodobać, ale jednak choćby trochę starsi nie odkryją w niej nic nowego. Chociaż pewnych rzeczy może uświadomić.


Ale ty nie, ty jesteś żywy, Nik. To znaczy, że masz nieskończony potencjał, możesz zrobić, co tylko zechcesz, stworzyć, co zechcesz, marzyć, o czym zechcesz. Jeśli zmienisz świat, świat się zmieni. Potencjał. Gdy umrzesz, to wszystko przeminie. Dobiegnie końca. Stworzysz już wszystko, co miałeś stworzyć, wyśnisz swój sen, zapiszesz swoje imię. Możesz zostać tu pogrzebany, możesz nawet krążyć po cmentarzu, ale twój potencjał się wyczerpie.

Krótko mówiąc, to książka naprawdę dobra, ale dla "młodszej młodzieży". Im się naprawdę spodoba, ja jednak tego po prostu nie poczułam. Warto było - dla paru cytatów, pomysłu i pewnej Scarlett Amber Perkins. Więc zastanówcie się, czy ciekawi was pomysł, bo wtedy warto sprawdzić. Mamy fragmenty rozbudowanego świata, no ale właśnie - tylko fragmenty. Mimo wszystko można spróbować.


 

czwartek, 8 października 2015

Wybierając życie, wybierasz też śmierć, czyli "Dziewczyna z pomarańczami" Josteina Gaardera.

Kiedyś i gdzieś usłyszałam osobę, która tak chwaliła tę książkę, jakby przeczytanie jej przez innych było celem jej życia. Wtedy wydawało mi się, że nie jest ona dla mnie, ale mimo to, jak tylko zobaczyłam pomarańczowy grzbiet i tytuł, od razu ją skojarzyłam i postanowiłam wypożyczyć!
Oryginalny tytuł: Appelsinpiken
Wydawnictwo: Jacek Santorski & Co
Ilość stron:  179
Gatunek: Literatura młodzieżowa















Nawet nie wiem, jak zacząć, żeby nie zepsuć magii tej książki. Może tak. Wyobraźcie sobie, że gdy macie 4 lata, umiera wam ojciec, co skutkuje tym, że paręnaście wiosen później praktycznie go nie pamiętacie. A dlaczego mimo to ta osoba jest taka ważna? Bo znajdujecie od niego list, bardzo długi list, w którym opowiada o swoim życiu, śmierci i miłości do tajemniczej Dziewczyny z pomarańczami.

Wiele jest książek o miłości. Miłości od każdej strony, szczęśliwej, nieszczęśliwej, odwzajemnionej, nieodwzajemnionej, normalnej, zakazanej... I czasem w tym spektrum wyświechtanych motywów i schematów (co ciekawe zazwyczaj starających się sprawić, aby książka była oryginalna), brakuje miejsca na miłość urokliwie normalną. Bez dramatów, mrocznych tajemnic z przeszłości, kłótni oraz trójkącika z wampirem i wilkołakiem, ale i bez wyidealizowania, rozwiązujących się samodzielnie kłopotów oraz dni spędzanych na oglądaniu jeziora. Tu jest za to miłość w swej zwyczajności nadzwyczajna, tak jak i każda zwykła historia jest właściwie inna. Miłość oddana, zawzięta i to... to jest po prostu niesamowite. 

Nie próbuj mi wmawiać, że natura nie jest cudem. Nie opowiadaj mi,
że świat nie jest baśnią. Ktoś, kto jeszcze tego nie zrozumiał, być może
pojmie to dopiero wtedy, gdy baśń zacznie się kończyć. Wówczas
człowiek ma ostatnią szansę na zerwanie klapek z oczu, ostatnią okazję
na to, by przetrzeć oczy ze zdumienia, ostatnią możliwość, by ulec
temu cudowi, z którym trzeba się pożegnać i który trzeba opuścić.

Ale, co nawet widać na okładce, opowieść to nie tylko o miłości, ale i o śmierci. Łączenie tych dwóch wątków też nie jest samo w sobie odkrywcze, ale - jak i poprzednio - autor podchodzi do tego nieco inaczej, niż można to często znaleźć. Tutaj owszem - w pewnym momencie nadchodzi śmierć i owszem, można trochę popłakać. Ale nie jest tak, jak w wielu. Że kończy się książka, popłaczemy nawet i 2 godziny, może nawet dojdziemy do jakichś wniosków, ale to będzie "no coś smutnego się stało" i na tym koniec. Tutaj natomiast po zakończeniu mamy ochotę, aby żyć jak najlepiej...

Książka ta ma swoją strukturę, która dla mnie jest po prostu idealnie wyważona. Wstęp z perspektywy głównego bohatera, wstęp listu od ojca, wtręty głównego bohatera, historia z listu, wtręty ojca... Po prostu nie tylko poznajemy historię, ale czasem czytamy też wstawki, niektóre chociaż wydają się nic nie znaczyć, tak naprawdę są ważne. Nie wspominając już o samej narracji w liście, która wspaniale nakierowuje na niektóre wątki, dzięki czemu, przez pewien okres idealnie czuć narastający niepokój, czuć to, jak świat się wręcz zawala, ale i autor nie popada w pesymizm, właśnie dzięki tej narracji. Im dalej w książce, tym więcej pojawia się przemyśleń, drogowskazów... Po prostu ta książka to żywa kopalnia cytatów oraz nawet nie cytatów, ale wyjątkowych momentów. Magicznych momentów. Bo autor pisze w ten sposób, że nawet tym zagubionym w dzisiejszym życiu świat zaczyna wydawać się piękny...

Nikt ze łzami w oczach nie żegna się z geometrią Euklidesa czy z systemem okresowym pierwiastków. Nikt nie roni łez dlatego, że ma zostać odcięty od Internetu albo tabliczki mnożenia. Człowiek żegna się ze światem, z życiem, z baśnią. Żegna się także z niewielkim kręgiem ludzi, których kocha.

Książka niesamowita. Taka krótka, a tak treściwa. Wydawałoby się, że to 180 stron to mało na przekazanie historii, a tutaj i to robi, i jeszcze przekazuje dużo treści własnej. Może i nawet jest to prosta historia, ale ma w sobie coś z rytmu baśni, opowieści. Tylko że takiej, która opowiada o prawdziwym życiu. I nawet nie wiem, co jeszcze powiedzieć. To po prostu książka, którą każdy musi samemu sprawdzić.

niedziela, 4 października 2015

Czas mija, czyli "Fabrykantka aniołków" Camilli Lackberg.

Jest to ostatnia część cyklu kryminalnego Lackberg, którą mam w domu (a ostatnio jeszcze nowa wyszła), więc postanowiłam ją w końcu przeczytać. Na blogu można przeczytać recenzję "Niemieckiego bękarta""Syrenki" oraz "Latarnika"... I o ile pierwsze części mnie zachwycały, tak z późniejszych zachwyciła mnie tylko "Syrenka" i szczerze mówiąc bałam się, że przy "Fabrykantce" będzie jeszcze gorzej. A jak wyszło? Przeczytajcie.
Oryginalny tytuł: Anglamakersan 
Wydawnictwo: Czarna Owca
 Ilość stron: ok. 600
Gatunek: Kryminał
















Dawno temu, na Valo, małej wyspie w pobliżu Fjallbacki, mieścił się ośrodek kolonijny. Pewnego dnia jednak zniknęła z niego cała rodzina, oprócz najmłodszej córki, Ebby. Policja nie daje sobie rady, nie było bowiem wtedy takich możliwości, jak teraz, a i nie znaleziono żadnych śladów. Obiad wciąż leżał na stole, wszystko w idealnym porządku... a jednak prawie całej rodziny nie ma. Sprawę zostawiono, a po wielu latach Ebba wraz z mężem postanawia wrócić na wyspę i wyremontować ośrodek. Niedługo po rozpoczęciu prac remontowych ktoś podpala dom, a parze ledwo udaje się przeżyć...

No okej, czyli mamy zagadkę. I tutaj pojawia się pierwsza wada. Camilla Lackberg nigdy co prawda nie powalała pędzącą z prędkością światła akcją, ale w tej powieści to już po prostu przesada! Praktycznie zaczęło się coś dziać w 3/4 książki. Nawet przy "przegadanych" częściach cyklu wolno postępujące śledztwo nie przeszkadzało mi aż tak bardzo, bo za to był interesujący wątek obyczajowy, ale tutaj... nic się nie dzieje ciekawego. Nie potrafiłam się zaangażować, a zazwyczaj to było najsilniejszą stroną powieści Lackberg.

Bo po prostu w postaciach coś nie wyszło. Nawet, gdy nie były zbyt oryginalne, to jednak chociażby po jakimś czasie zaczęły mieć swoją indywidualność, a tutaj... po prostu mdłe,  a niektóre to wręcz kalki wcześniejszych. W przypadku głównych postaci zabrakło jakiegokolwiek rozwoju, zaczęły wręcz razić przerysowaniem, trochę też wyolbrzymieniem - które wcześniej też było obecne, ale bez przesady, dzięki czemu wtedy nadawały charakterystyczność bohaterom. Tak to te wątki obyczajowe mogły być choć trochę interesujące, gdyby nie postacie...

A co z wplecieniem historii do teraźniejszości? Tutaj jest już dwojako. W kwestii jej roli w śledztwie i współczesnej akcji powieści, jest jak najbardziej dobrze. Natomiast wspomnienia z przeszłości były... nudne i łączyły się w zbyt oczywisty sposób z główną fabułą. Zabrakło swoistej tajemniczości, tej atmosfery...

Wielkiego plusa ma za to Camilla za rozwiązanie zagadki. Było może nie w całości zaskakujące, ale za to po prostu "mocne" i przez tą ostatnią ćwiartkę książki czułam, że to nadal ta Lackberg, którą pokochałam. Na dodatek parę tajemnic nie zostało wyjaśnionych, ale zostało to zrobione w nieirytujący sposób, który wręcz karze zastanawiać się o tych paru rzeczach, o których najprawdopodobniej nigdy się nie dowiemy...
  
 Od dziecka i wariata człowiek zawsze dowie się prawdy.
 
Podsumowując, jest to zdecydowanie najgorsza część cyklu (to znaczy... nie wiem jak z najnowszą, ale słyszałam, że jest lepsza, i to bardzo)... Kompletnie się nie zaangażowałam. Niby trochę wynagrodziło mi to zakończenie, ale tylko troszeczkę. Książka dostaje 5/10 i liczę na to, że "Pogromca lwów" przywróci mi wiarę w Camillę Lackberg ;)


 

wtorek, 29 września 2015

Zagrać o najwyższą stawkę, czyli "Wayward Pines. Bunt" Blake'a Croucha.

Tony czasu temu przeczytałam pierwszą część serii Wayward Pines, która jakby nie patrzeć mi się podobała, chociaż zakończenie z jednej strony było prośbą o więcej, ale i niepokojem o jakość części kolejnej. No i z okazji promocji w Znaku zakupiłam :D
Oryginalny tytuł: Wayward
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 372
Gatunek: Fantasy/ Science-Fiction 















[Uwaga, potencjalne spojlery z pierwszej części] Ethan Burke jeszcze chwilę temu nie wierzył, że mógłby stać się jednym z nich, jeszcze chwilę temu nienawidził ich za to, że za wszelką cenę utrzymywali tajemnicę, nie mógł się pogodzić z permanentną inwigilacją... A teraz jest szeryfem miasteczka Wayward Pines i tym razem to on ma za zadanie pilnować, by nikt nie odkrył prawdy. Mimo wszystko nadal jest tym samym Ethanem Burke i nie może się pogodzić z tym wszystkim. Teraz ma większe pole działania, a nienawiść do systemu z każdą chwilą rośnie, jego gniew płonie coraz bardziej... [Koniec potencjalnych spojlerów. Chyba.]

Muszę przyznać, że ciekawym, ale i niezbędnym zabiegiem, było zdecydowane zmienienie "osi" książki. Jak w pierwszej części fabuła skupiała się na odkrywaniu tajemnicy, chorobliwym poszukiwaniu prawdy, wręcz popadaniu w obłęd, tak tutaj autor - zgodnie z nową funkcją głównego bohatera - skupia akcję na bardziej metodycznym szukaniu rozwiązania, próbie nawet planowania, ale i pokazuje, że zmiana perspektywy sytuacji nie zmienia. W tym tomie Blake próbował nawet wprowadzić element psychologiczny, jeszcze bardziej pokazać, jak życie w Wayward Pines zmienia mieszkańców... Ponadto już samo pokazanie akcji z innej perspektywy jest samo w sobie pomysłem ciekawym. A jak wyszło jego wykonanie, to zobaczycie.

Niestety... muszę powiedzieć, że mimo wszystko dość mocno wynudziłam. Momentami miałam przeczucie, że gdyby wyciąć wszystkie dłużyzny, książkę dałoby się skrócić przynajmniej o 1/3. Wcale nie pomaga tutaj wciśnięcie wątku kryminalnego - sam w sobie jest zdecydowanie nie potrzebny, a i okropnie zrobiony. Banalny, bez żadnej głębi psychologicznej, ba, nawet nie wciągał. Strasznie słaby, dobrze, że to był tylko jeden wątek, i to raczej poboczny. Nawet jeśli miała to być wymówka do dalszego rozwoju akcji, nie usprawiedliwia to jej słabości.

Ponadto styl Blake'a zaczął mnie strasznie denerwować. Jest po prostu... okropnie suchy. Ta historia naprawdę miała potencjał, i o ile w pierwszej części jeszcze mu wyszło, tam pióro pasowało do akcji, tak tutaj "urywane" zdania, brak dłuższych opisów sprawił, że trudno było mi się wczuć, i nawet mimo próby pokazania psychiki, tylko czasami się udawało. Na dodatek, jakby na ironię - nawet nieźle wykreowane postaci (chociaż zidentyfikować to się z nimi za bardzo nie da) mieszają się z kilkoma nowymi, które są po prostu cholernie płytkie (chyba każdy, kto to przeczytał, wie o kim mówię)...

Chwilami widzi się kochane osoby takimi, jakimi są naprawdę: wolne od bagażu projekcji i wspólnych historii. Widzi się je świeżym okiem, jak obcy, i udaje się pochwycić uczucie, które towarzyszyło zakochaniu. Zanim pojawiły się łzy i słabe punkty. Kiedy istniała jeszcze możliwość doskonałości.

 No i jak na złość, po prostu nie mogę całkowicie ochrzanić tej książki! Bo mimo dłużyzn występujących przez tak jakoś 2/3 książki, inna perspektywa była ciekawa (o wątku kryminalnym możemy zapomnieć), czasem pojawiała się uczuciowość, no i kurczę, jakieś ostatnie 100 stron czytałam po prostu z zapartym tchem, bo w końcu coś się ruszyło! Tak więc powieść jest gorsza niż część pierwsza, ale po zakończenie i tak zamierzam sięgnąć. 6/10. 

 

sobota, 26 września 2015

Przespać swoje życie, czyli "Senność" Wojciecha Kuczoka.

Tą książkę po prostu pożyczyłam, bo wydawała się interesująca. I muszę przyznać, że nieco się bałam zacząć ją czytam - po prostu nigdy w sumie nie czytałam powieści całkowicie z tego gatunku. Ale już wiem, że bać się nie ma co.
Wydawnictwo: W.A.B.
Ilość stron: 248
Gatunek: Literatura obyczajowa
















Adam. Z zawodu lekarz, poza zawodem nieujawniony homoseksualista. Boi się przede wszystkim reakcji rodziny, która by go raczej na pewno nie zaakceptowała. I tak się składa, że niezbyt szczęśliwie zakochany w pewnym chłopaku z tak zwanego "złego środowiska". Róża. Kiedyś znana aktorka, od czasu wyjścia za mąż za świetnego bankiera nie tylko powoli zaprzestała pracy, ale i małżeństwo nie wiodło się zbyt dobrze, a Róża wkrótce zachorowała na narkolepsję.Robert. Tak zwany pisarz niepiszący. Kiedyś wydał bestsellera, ożenił się, ale szybko po prostu popadł w stagnację. Wypalił się, a jego dnie wypełniało siedzenie w pokoju z widokiem na ludzkie nogi oraz robienie wyimaginowanych prac porządkowych, byle mieć spokój od swojej żony. Już dawno by odszedł, zmienił środowisko, gdyby nie to, że po prostu jest spłukany. Żyje na rachunek teściów małżonki, a jego powieść, mimo, że nadal się sprzedaje, to nie na tyle, by go utrzymać...

Krótko mówiąc, mamy trzech ludzi. Niekoniecznie takich jak my, bo sytuacja nie jest taka typowa. Ale tylko zmieńmy dane - imię, zawód, środowisko - i zostaje to, co często dotyka większości z nas. Rzecz jasna, najbardziej "zidentyfikują się" z powieścią ci z dużym bagażem doświadczeń. Ale nawet młodzież (co widać po moim przykładzie) też może się jakoś odnieść, chociaż może nie w takim stopniu. Bo zdarza się, że nie możemy czegoś zmienić. Po prostu coś nas wiąże. 

Dobra, kończymy pogaduszki, jak się do tego odnosi książka? W tym miejscu chyba muszę wtrącić coś o stylu. Wojciech Kuczok pisze na pewno nietypowo. Może się to podobać lub nie, mnie się podobało, bo przynosi pewien rodzaj świeżości. A jak pisze? Po pierwsze - używanie trzeciej osoby czasu teraźniejszego, czego nigdy wcześniej nie spotkałam. Po drugie - niesamowicie długie zdania, ciągnięcie opowieści. Po trzecie, co wynika z pierwszego i drugiego - ciekawy sposób narracji, którą można by było określić słowem "filmowa". Sprawia wrażenie jakiejś takiej spójności, sprawia, że opowieść się ciągnie, łączy, płynnie przechodzi z jednego wątku w drugi. I właśnie to najbardziej mi się w nim podobało. Ma jednak tą wadę, że autor często używa nietypowych związków, konstrukcji językowych, eksperymentuje z językiem i o ile to samo w sobie jest jak najbardziej na plus, to jednak czasem używa tego w nieodpowiednich momentach i wywołuje to raczej komiczny efekt, mimo tego, że moment jest akurat smutny.

Natomiast jeśli chodzi o samą opowieść, to jest w sumie dosyć prosta, ale charakteru nadaje jej przede wszystkim sposób opowiedzenia. No i przede wszystkim - to nie jest powieść, która za jedyny cel postawiła sobie wyciśnięcie jak największej ilości łez. To powieść, która ma dać do myślenia, albo nawet i bardziej wprost przekonywać, w czym pomaga realistyczna konstrukcja zarówno postaci, jak i rozwoju wydarzeń. Nie napełnia wyimaginowaną ekscytacją, ale pokazuje. I daje nadzieję.

(...) ludzie tak naprawdę mogą mieszkać tylko w innych ludziach, wie, że depresja to nic innego, jak bezdomność, na depresję cierpią ludzie, którzy nie mają w kim mieszkać (...)

Nie jest to jednak powieść idealna. To powieść, która ma naprawdę dużo plusów, ale brakuje w niej miejscami jakiejś personalności. Czasem wydaje się, jakbyśmy obserwowali wydarzenia nie z bliska, ale przez mgłę. Niczym w śnie. Ta powieść mogła być wybitna - a jest "tylko" prześwietna :p Bo mimo wszystko nie jest to lektura bez celu. "Senność" dostaje naprawdę mocne 8/10.

 

niedziela, 20 września 2015

W pogoni za marzeniami, czyli "Gwiezdny pył" Neila Gaimana.

Generalnie po przeczytaniu "Nigdziebądź" zwyczajnie MUSIAŁAM sięgnąć po cokolwiek Neila Gaimana, a że to było w domu... to się szczerze mówiąc bałam, czy może nie będzie gorsze, czy się nie zawiodę, ale w sumie od razu się rzuciłam na książkę, bo nie chciałam marnować czasu.
Oryginalny tytuł: Stardust
Wydawnictwo: Mag
Ilość stron: 245
Gatunek: Fantastyka















 Żył sobie Tristan Thorn, syn Dunstana Thorna. Jego ojcowi obiecano kiedyś, że spełni się jego pragnienie; ale nie wiadomo kiedy, bo ta obietnica mogła przejść nawet na pierworodnego, albo i na dalszego potomka. Wróćmy jednak do Tristana. Mieszka on w wiosce Mur, która oddziela magiczny świat od normalnego... murem. Jest niesamowicie zakochany w niejakiej Victorii Forester, która to na jego uczucia zbytnio nie zważa. Pewnego dnia jednak razem zobaczyli spadającą gwiazdę, a wybranka Tristana stwierdziła, że zrobi wszystko, co on chce, jeśli tylko przyniesie jej właśnie gwiazdę. Nie zastanawiając się długo, chłopak wyruszył do magicznej krainy, lecz nie będzie to takie łatwe. Jest bowiem więcej osób chcących zdobyć gwiazdę...

Muszę pochwalić Neila Gaimana za to, że znów potrafił wytworzyć taki charakterystyczny, niesamowity klimat, nie powtarzając swoich pomysłów z innych książek (a przynajmniej tych, które dotychczas czytałam)... Tutaj zdecydowanie czuć było baśń. Można by narzekać, że momentami jest naiwnie, a zakończenie jest idealistyczne, ale czuć zdecydowanie, że to nie jest zabieg bez celu. Bo ta książka chyba miała taka być.

Tym razem nie jestem tak zachwycona, jak w przypadku "Nigdziebądź" czy nawet "Oceanu na końcu drogi". Co mi przeszkadzało? Prosta niczym drut konstrukcja fabuły. O ile jest przyjemna, tak po prostu czasem wydaje się zbyt banalna. No proszę was. "Idziemy w tą-wracamy-o nie, przeszkoda!-wracamy dalej-o nie, przeszkoda!". Niby w "Nigdziebądź" było trochę podobnie, ale tam to wszystko obroniło się wieloma zwrotami akcji oraz ogólną konwencją, która po prostu "wciągała" w szaloną podróż. Tutaj nie można powiedzieć, że zdarzenia były przewidywalne, ale może po prostu nie sprawiały wrażenia zaskoczenia.

Ale całość się broni ostatecznym wydźwiękiem. Właśnie tym idealizmem, o którym wspomniałam. Bo - co w sumie jest chyba największą zaletą, jaką może mieć książka - po prostu "Gwiezdny pył" wpływa na człowieka. Raczej nie przemebluje mózgu, ale doda przynajmniej taką cegiełkę.  I to taką zdecydowanie na plus, bo motywuje. Nie tyle pokazuje, co przez tą książkę, ten klimat aż chce się marzyć. I chce się wierzyć. I chce się spełniać te marzenia, wierzyć, że się spełnią. Po prostu książka idealna na chandrę :p 

W życiu nieczęsto zdarzają się podobne chwile - chwile, gdy wiemy, bez cienia wątpliwości, że naprawdę żyjemy, czujemy powietrze w płucach, mokrą trawę pod stopami, dotyk bawełny na skórze; chwile, gdy żyjemy całkowicie teraźniejszością i nie liczy się przyszłość ani przeszłość.

 W sumie ta książka jest niesamowicie prosta. I w swej prostocie po prostu urokliwa, chociaż czasem wydawała się banalna, ale bez niepotrzebnego wydłużania. Tą największą wadę nadrabia jednak klimatem. I pozytywnym ładunkiem emocji. Nawet jeśli ktoś jest daleki od bycia idealistą, to myślę, że choć trochę się tym od Gaimana zarazi. Polecam osobom, które lubią tego autora, natomiast ci, którzy go jeszcze nie poznali - do zapoznania z "Nigdziebądź" marsz! Ocena - 7/10.

 

wtorek, 15 września 2015

Raz na wozie, raz pod wozem, czyli "Nigdziebądź" Neila Gaimana.

Pewnego letniego dnia, wybrałam się na standardowe oglądanie książek w Empiku. Miałam kupić tylko gazetę, ale na dziale fantastyka urzekła mnie wspaniała okładka i zapewniający wyjątkowe doznania opis... w ten sposób poznałam "Ocean na końcu drogi". Podobał mi się i to dość bardzo, ale nie sięgnęłam od razu po kolejne powieści Neila Gaimana. Wiedziałam jednak, że kiedyś sięgnę. No i ten czas nadszedł.
Oryginalny tytuł: Neverwhere
Wydawnictwo: Mag
Ilość stron: 320
Gatunek: Fantastyka















Wyobraźcie sobie, że...  w sumie jesteście tacy, jak inni. Macie nawet satysfakcjonującą pracę, mieszkanie i narzeczoną (czasem trochę męczącą, ale jednak), niespecjalnie chcielibyście czegoś innego. Aż tu pewnego dnia, idąc na kolację z wspomnianą wcześniej dziewczyną, widzicie na chodniku ranną dziewczynę i czując naturalną potrzebę pomocy, zabieracie ją do domu i robicie, co może. Tymczasem już następnego dnia nie macie narzeczonej, pracy ani mieszkania. Macie za to dwóch zabójców na zlecenie na karku.

Bo okazało się, że dziewczyna ma na imię Drzwi (nie bez powodu zresztą) i pochodzi z jakby alternatywnego Londynu - Londynu Pod - jednakże w pewnym sensie przenikającego się z tym normalnym. I to jest bardzo w skrócie, bo świat wymyślony przez Gaimana jest po prostu niesamowity! Nawet nie chodzi o samą koncepcję, ale strukturę całej książki. Wielu rzeczy się o nim dowiadujemy, sporo wiemy o bohaterach, relacjach między nimi, ale i tak kwintesencją "Nigdziebądź" są wszechobecne pytania, tajemnice. Nie jest to ten typ, gdzie wydaje się, że autor na siłę wciska jakieś niewiadome, próbując stworzyć nastrój tajemnicy, a w rezultacie tylko irytując. Tutaj to po prostu postępuje naturalnie, bo Gaiman sprawia, że całkowicie wsiąkłam w ten świat. I po prostu byłam głównym bohaterem, który o Londynie Pod wie tyle, co nic i dopiero wszystko zauważa, odkrywa. I niektóre rzeczy zostają tajemnicami nawet po skończeniu książki... chociaż podejrzewam, że jakby się wczytać, to by można odpowiedzi znaleźć. I ten zabieg mi się bardzo podobał.

I równie dobry był klimat, jaki Neil tutaj wytworzył. Miejscami klaustrofobiczny, miejscami wręcz było czuć tą "nietypowość"... Chyba to wszystko leży po prostu w kunszcie autora, bo nie mogę się nadziwić, jak mocno odebrałam tą książkę. Jak bardzo trafia. Nawet, jeśli wydaje się być tylko rozrywkową powieścią, to jednak ma w sobie głębię, chociaż nie tak oczywistą. Albo w sumie, ta książka to takie pudełko wypełnione cukierkami, ale z podwójnym dnem. Czytasz, jesteś zachwycony smakiem cukierków. Kończysz, widzisz niespodziankę na dnie. Możliwe też, że zauważysz, że pudełko jest z podwójnym dnem - i otwierając je, spotkasz jeszcze ważniejsze przemyślenia, refleksje...

Może teraz trochę o samej książce. Nigdy nie przepadałam za motywem podróży z punktu A do punktu B, w międzyczasie może trochę lawirując oraz napotykając różne przeszkody, ale tutaj... po prostu jest to tak dobrze zrobione, że się nawet tego nie zauważa! A przy tym bardzo pomagają świetni bohaterowie. Jest ich dużo, ale i tu w książce Neila nie ma wady, która często przy dużej ilości postaci występuje - po prostu zlewają się oni w jedno. Natomiast tutaj jest to świetnie rozegrane, bo każda postać, która pojawia się częściej niż raz i to na jednej stronie, czymś się wyróżnia.

Większość chwali tą powieść za humor, i ja się do nich dołączę, bo choć nie był on najważniejszym punktem programu, bez niego "Nigdziebądź" nie byłoby tą samą książką. Genialnie napisane dialogi (szczególnie rozmowy między wspomnianymi wcześniej zabójcami), zabawny ogólnie rzecz biorąc styl, czasem i trochę absurdu... no ideał ;)

I tymi słowami można by w sumie podsumować całą książkę. "No, ideał". Może i jakieś wady są, ale ja tu ich nie widzę. Jestem absolutnie, całkowicie zakochana w "Nigdziebądź". Polecam wszystkim, bo nawet jeśli nie lubicie tego gatunku, to warto spróbować. A ocena... chyba się domyślacie, nie? ;)