poniedziałek, 14 września 2015

O tym, jak wygląda internet, czyli "Wzrok" Roberta Sawyera.

Generalnie poznanie tej książki zawdzięczam kochanej, bardzo taniej księgarni w moim pięknym mieście zwanej Tak Czytam :D Zobaczyłam okładkę, stwierdziłam, że opis jest nawet ciekawy - i to w połączeniu z ceną wynoszącą 4,5 złotego sprawiło, że kupiłam, no bo czemu nie. No i czy na dobre wyszło mi kupienie praktycznie "na ślepo"? Zobaczycie.
Oryginalny tytuł: Wake
Wydawnictwo: Solaris
Ilość stron: 402
Gatunek: Fantastyka















Generalnie akurat przy tej pozycji, nie ma za bardzo co sugerować się okładką. Piętnastoletnia, niewidoma od urodzenia Caitlyn pewnego dnia dostaje informację o tym, że możliwe jest odzyskanie jej wzroku poprzez implant. Niespodziewanie okazuje się, że technologia pozwala widzieć jej... procesy zachodzące w wirtualnym świecie. Tymczasem w zupełnie innej części świata, w Chinach, rząd decyduje się na ekstreminację kilku tysięcy ludzi, po czym próbuje to zamaskować, odcinając od świata swoją część internetu. Jak już o internecie mowa - budzi się w nim pewna... świadomość, która pragnie nawiązać kontakt. Jest jeszcze jeden wątek, raczej mało znaczący - a mianowicie, szympans komunikujący się z ludźmi migowym zaczyna przejawiać niespodziewane zdolności artystyczne.

Czyli wątków mamy cztery. Według opisu na okładce, łączą się one, tworząc, cytuję "zaskakującą całość". Co do zaskakiwania, to jeszcze o tym będzie, ale przede wszystkim, jedyne co się tu łączy, to wątek Caitlyn i świadomości w sieci. O Chinach jest sporo na początku, aż w pewnym momencie po prostu jest urwany... co jednak nie jest żadnym problemem, gdyż dzieje się to akurat w momencie, kiedy główny wątek jest najbardziej interesujący, szczerze mówiąc nawet udało mi się wtedy o innych zapomnieć. Jeśli chodzi o ostatni wątek - bywają tam śmieszne momenty, natomiast w całości nie angażuje i jest niemal zbędny, przynajmniej w tej części trylogii.

Zajmijmy się więc głównym wątkiem. I kurczę... nie jestem pewna, co powiedzieć. Bo teoretycznie nie ma tu wartkiej akcji, a często nawet są, również teoretycznie, przynudzające fragmenty. Ale to po prostu wciąga, między innymi dzięki naprawdę dobrze przedstawionemu światowi. W sumie nawet nie wiem dlaczego. Bo nawet jak bohaterowie się specjalnie nie wyróżniają, to jednak świetnie napisane dialogi sprawiają, że czyta się naprawdę genialnie. Ogólnie styl jest jak najbardziej na plus, jest nie tylko przyjemny, ale i zabawny. Z tego co wiem, niektórzy narzekają na używanie naukowych pojęć i nijakie wyjaśnianie ich - ze swojej perspektywy uważam, że nie jest to żaden problem. Może i przy niektórych naprawdę mocno naukowych fragmentach rozumiałam tak sobie, ale jednak rozumiałam na tyle, żeby ogarnąć o co chodzi i czytać z przyjemnością...

Trzeba jednak dodać, że fabuła jest na nierównym poziomie. Owszem, wspominałam o tym, że się naprawdę wciągnęłam i to jak najbardziej prawda, tylko, że w pewnym momencie wydarzenia gwałtownie zwalniają i po prostu mogą przynudzać. Ja co prawda akurat przeczytałam "z rozpędu", ale kogoś, kogo nie wciągnęła aż tak całość, końcowa część może odrzucić.

Może i nie brzmię w tej akurat recenzji specjalnie entuzjastycznie, ale to naprawdę dobra książka! Mimo wszystko nie polecam kupienia jej za pełną cenę, czy nawet za 30 złotych, bo zwyczajnie rzecz biorąc można się naciąć. Ponadto wydaje mi się, że ta książka, mimo, że nie skierowana typowo do młodzieży, to właśnie im (jak i mnie) się bardziej spodoba. Bo czasem po prostu czuć tu naiwność, a dla niektórych akcja może być niewystarczająco wciągająca. Nie zmienia to faktu, że jednak jest interesująca, zabawna i dobrze poprowadzona. I zdecydowanie zamierzam sięgnąć po drugi tom, który już zakupiłam ;) Zdecydowanie za szybko się pierwszy czytało. Ocena? 7/10. Mimo wszystko naprawdę dobrze się czytało, a podczas lektury wad nie zauważałam.

PS. Do mieszkańców Kielc - w Tak Czytam na Sienkiewicza jest aktualnie spora kupa Wzroków za 4,5 złotego, można kupić ;) 


 

piątek, 11 września 2015

Smutna prawda, czyli "Król szczurów" Jamesa Clavella.

Długo zabierałam się do lektury tej książki. Chociażby dlatego, że nie szukałam specjalnie, a nigdzie się nie natknęłam przypadkiem, do czasu... aż się natknęłam przypadkiem, w bibliotece :p W sumie wiedziałam, czego się spodziewać, ale podchodząc do lektury, nie miałam żadnych wymagań. A co z tego wyszło? Zapraszam na recenzję.
Oryginalny tytuł: King Rat
Wydawnictwo: Vis-a-vis/Etiuda
Ilość stron: ok. 480
Gatunek: Literatura historyczna/obozowa















O czym więc jest ta książka? Mówiąc najprościej, o życiu w obozie jenieckim. Oparta na doświadczeniach autora, który został wysłany na wojnę do Malezji. W wyniku biegu wydarzeń musiał ukrywać się w dżungli i żyć w malezyjskiej wiosce. Do czasu, aż schwytany przez Japończyków trafił do obozu jenieckiego Changi. Niewielu w nim przeżyło, wyniszczeni przez głód, tropikalne choroby oraz zwyczajny trud życia. Jamesowi udało się jednak przeżyć, a opierając się na jego przeżyciach napisał tą książkę - Króla szczurów.

Generalnie... zwykły opis nie oddaje bogactwa tej książki. Powieść jest napisana tak, że zwraca uwagę na drobne szczegóły. Pokazuje, że one też są ważne. Konfrontuje dwa światy - chociażby Króla (który jako jedyny żyje na poziomie, dzięki pieniądzom z handlu) oraz strażnika Greya, żyjącego w biedzie, głodzie, nienawiści do Króla oraz desperacji. Pojedyncze wydarzenia, które nie wpływają na losy świata, potrafią zawalić mały świat paru osób. Ta książka... po prostu daje do myślenia, i to niesamowicie.

Pomaga w tym niejednoznaczność postaci. Właściwie nie da się nikogo ocenić, bo każdy ma swoją prawdę, każdy swój punkt widzenia. I chociaż niektórzy wybierają tak, a inni inaczej, to nie zawsze da się stwierdzić, co jest lepsze. Charakterologicznie - niesamowicie, bo nawet 3 strony poświęcone jakiemuś pobocznemu bohaterowi sprawiają, że znamy już jego historię, motywację, stan. I to jest niesamowite.

Tak samo niesamowicie pokazane są przemiany. Na początku Król oraz kapitan Marlowe (czyli niejako główny bohater, alter-ego autora) znają się tylko z widzenia, do czasu aż jeden wybawia z opresji drugiego. Wraz z rodzącą się przyjaźnią widać przemiany, a niejako "ukoronowaniem" zarówno postaci Króla, jak i całej powieści jest
czas, gdy wojna się już skończyła. To też pokazuje niejako starcie rzeczywistości... niesamowite. 

Mimo wszystko, wnioski są nie tylko pesymistyczne, bo autor daje też trochę nadziei. Daje też pomyśleć o sprawach takich, jak przyjaźń. Niby coś będącego częścią rzeczywistości - lecz w ekstremalnych warunkach niepewna. To wszystko podane nie na tacy, to wszystko do odkrycia samemu. Bez moralizatorstwa. Do przemyślenia.

I to wszystko James opisuje znakomicie. Barwne, niedłużące się opisy sprawdzają się znakomicie, zapoznają z więzienną rzeczywistością. Błyskotliwe dialogi. Przede wszystkim umiejętność wyrażenia uczuć, nie pisząc nawet wprost. I to wszystko w połączeniu z ciekawą akcją, głębią charakterów, niejednoznacznością - sprawia, że ta książka jest  w każdym calu znakomita. Polecam absolutnie każdemu, nawet niegustującym w takich klimatach. Dorwałam, przeczytałam, pokochałam. 10/10.

 

Trochę Wenecji, trochę Facebooka, czyli "Carnivia. Bluźnierstwo" Jonathana Holta.

Jak dziwnie by to nie brzmiało... przez ostatni tydzień za dużo czytałam, przez co narobiłam sobie zaległości na blogu. Przepraszam (o ile ktoś to czyta :D) i obiecuję poprawę, naprawdę!

Oryginalny tytuł: The Abomination
Wydawnictwo: Akurat
Ilość stron: 395
Gatunek: Kryminał














Muszę powiedzieć, że nasłuchałam się całkiem sporo pochwał dotyczących tej książki. I muszę też powiedzieć, że trudno mi będzie napisać tą recenzję. Bo niby ma w sobie wszystko, co kryminał powinien mieć (oraz ma też trochę wad), to trudno mi wypowiedzieć się jednoznacznie pozytywnie.

Może zacznę jednak od początku - jest kryminał, mamy więc morderstwo, do tego raczej nietypowe - ofiarą jest kobieta w szatach katolickiego księdza. Na jej ciele znajdują się dziwne symbole. Gdy śledztwo zaprowadziło kapitan karabinierów Kat Tapo do opuszczonego szpitala, ze zdziwieniem odkryła, że na ścianie namalowane są te same znaki. Niedługo po tym dostaje ona rozkaz umorzenia śledztwa. 

Akcja w książce pokazana jest z głównie trzech perspektyw - wspomnianej już kapitan Kat Tapo, amerykańskiej żołnierki Holly Boland (która zostaje zapytana o akta z dawnych lat dotyczących sprawy Dragana Korovika) oraz hakera, który stworzył portal Carnivia - internetową Wenecję, coś w stylu Facebooka, tylko z zachowaniem prywatności,  bez mikrotransakcji i w 3D. Na początku każda z "ścieżek" ma swoją tajemnicę, czy dotyczy ona śledztwa, czy tego, że ktoś akt próbuje się pozbyć, czy też tego, że do Carnivii ktoś próbuje się włamać.

Zaczyna się jak najbardziej dobrze, chociaż może niezbyt angażująco. Z czasem jednak zagadka wydaje się... zbyt skomplikowana (nie wierzę, że to mówię), po prostu za dużo wątków na raz, co zaczyna po prostu męczyć. Ja jak najbardziej lubię skomplikowane kryminały, ale nie do tego punktu, że trudno się skupić, a co dopiero ogarnąć to wszystko...I nawet trudno mi powiedzieć, czy to wszystko jest interesujące. Bo właściwie to jest interesujące, tak rzeczowo patrząc... nawet miejscami byłam autentycznie zainteresowana... ale po prostu zagadka jako taka mi wisiała, nawet nie chciało mi się jej śledzić. Rozwiązanie jednakowoż było satysfakcjonujące, chociaż na wiele pytań nie ma jeszcze odpowiedzi (no bo w końcu o czymś muszą być te dwa pozostałe tomy?).

Autor broni się jednak postaciami. Chociaż kapitan Kat Tapo była dość irytująca, to dla reszty brnęłam przez meandry fabularne... Jest tu w sumie pełny zestaw bohaterów "potrzebnych", aby czytało się dobrze, chociaż w większości o jakiejkolwiek "głębi" trudno mówić. Mam jednak wrażenie, jakby autor nie mógł się zdecydować, czy zrobić "całkowity" kryminał/thriller, czy dodać dużo wątków obyczajowych. Jak najbardziej jestem za takimi pod warunkiem, że stanowią ciekawe uzupełnienie, chwilę oddechu, są interesujące oraz po prostu dobrze poprowadzone. Tutaj natomiast mamy do bólu irytujący i sztywny wątek romantyczny, który jest tak niepotrzebny, jak tylko mógłby być.

Uh... nie wiem co o tym napisać. Bo trzeźwo rzecz biorąc, to naprawdę dobra książka. Dlaczego więc może niekoniecznie mi się nie spodobała - bo spodobała - ale po prostu nie wywarła żadnego wrażenia? Nie mam pojęcia, czegoś tu brakowało. Wydaje się być książką napisaną od linijki, będąc miksem popularnych patentów na ciekawą intrygę. No nie wiem, po prostu... mam mieszane zdanie. Nie wiem więc, jaką ocenę wystawić. Interesuje cię temat? Bierz. Nie interesuje i liczysz tylko na dobrą lekturę? Nie bierz, bo to książka absolutnie zbędna. 

 

środa, 2 września 2015

Typowy (ale czy na pewno?) thriller, czyli "Pustkowia" Blake'a Croucha + INFORMACJA

Najpierw informacja - wracam do pisania bloga, a także i do czytania (książek - a czemu? po prostu... jakoś się przejadłam i trzeba było przeprowadzić detoks ;D)... Na przyszłość staram się już nie robić takich niespodzianek. W takim razie, bez wstępu, zapraszam na Pustkowia ;)
Oryginalny tytuł: Desert Places
Wydawnictwo: Replika
Ilość stron: 303
Gatunek: Thriller















Andrew Thomas jest autorem poczytnych, brutalnych thrillerów. Podczas przygotowywania się do promocji swojej nowej książki przebywa w domu nad jeziorem. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie otrzymany anonim od mordercy, oznajmiający, iż na terenie jego posiadłości, w dość płytkim grobie, pochowana została kobieta, zamordowana nożem z jego własnej kuchni. Chociaż Andrew na początku jest pewien, że to żart, po sprawdzeniu okazuje się, że to jednak prawda. Zabójca zdaje się znać każdy szczegół życia pisarza oraz być przygotowanym na każdą ewentualność. W takiej sytuacji Andrew nie ma innego wyjścia, podejmuje grę, której zasady dyktuje psychopata...

"Typowy thriller" - to sformułowanie aż ciśnie się na usta po przeczytaniu opisu. I nie da się ukryć, powieść nie próbuje łamać barier gatunku ani nie sili się na oryginalność. Autorowi udała się jednak jedna, niesamowicie ważna rzecz - przy schematyczności samego pomysłu nie zapomniał o tym, że typowy nie znaczy przewidywalny. Pomijając już fakt, że nieco odchodzi od typowego rozwinięcia idei "gry z psychopatą", zwroty akcji są częste i to całkiem wiarygodne (jak na książkowe standardy, rzecz jasna); często, kiedy wydaje się, jakoby wszystko miałoby zbliżać się ku końcowy, okazuje się, że to dopiero początek czegoś innego.

No i przede wszystkim ta książka ma też to, czego nie miała powieść autora teoretycznie wyższej klasy ("Łowcy głów" Jo Nesbo) - po prostu wciąga. Sprawia, że jakby nie patrzeć dosyć mało prawdopodobne, thrillerowe zdarzenia stają się realne. 

Autor próbuje dodać bohaterom jakiś rys psychologiczny. Wprowadza konwersacje między zabójcą a głównym bohaterem, które wypadają dość ciekawie - ale o poważnej analizie psychologicznej nie ma co mówić. Bohaterowie są - i na tym ich rola się kończy, odgrywają swoje partie w przedstawieniu "Pustkowia", schodzą ze sceny i nikt o nich już nie pamięta. Po prostu... jest jak w typowym thrillerze. Nawet język jest tu jak w typowym thrillerze - dobrze, szybko się czyta, ale o fajerwerkach nie ma co mówić.

Więc mimo wszystko wychodzi, że "Pustkowia" to po prostu dobrze wykonany typowy thriller, z wszystkimi tego wadami i zaletami. Jest brutalny, wciągający i przekonujący. Ma sporo świetnych zwrotów akcji. Bohaterowie się niczym nie wyróżniają, ale to nie przeszkadza. Język dobry, ale bez szału. Czy jest więc w "Pustkowiach" coś ponadprzeciętnego? A i owszem. Wiele takich thrillerków się przeczyta, wystawi "mocne 5-6/10" i raczej niezbyt się z nimi zidentyfikuje. Tutaj natomiast... książka wciąga, muszę to znów podkreślić. Zwyczajnie wchłania w swój świat, dzięki czemu po skończeniu (dość krótkiej niestety) lektury zostaje uczucie szoku, taki "efekt łał". Nie jest to coś, czego warto szukać - ale jak tylko znajdzie się za rozsądną cenę (25 złotych i niżej), to brać natychmiast. Pożeracze thrillerów będą zadowoleni, a dla reszty może to być miła odmiana. "Pustkowia" dostają 7/10.

 

sobota, 1 sierpnia 2015

Same problemy z tymi dzieciakami, czyli "W ciemność" Cormaca McCarthy'ego

Znacie to uczucie, kiedy teoretycznie naprawdę dobra powieść wam po prostu nie wchodzi? Tak bardzo, że na samą myśl o sięgnięciu po nią macie mdłości? A jak już w końcu sięgniecie, to okaże się, że w sumie było po co sięgać, ale wrażenia nadal mieszane... No cóż, zapraszam!
Oryginalny tytuł: Outer dark
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Ilość stron: 269
Gatunek: Trudno powiedzieć















W małej chatce na uboczu mieszka sobie ubogie rodzeństwo - Rinthy i Holme. Mało kto o nich wie, oni się nie wychylają. Gdy jego siostra rodzi dziecko, Holme postanawia się go pozbyć i zostawia w lesie na pastwę lasu i mówi, że umarło. Ona jednak dość szybko dowiaduje się prawdy, a tymczasem noworodka zabiera pewien druciarz.  Rinthy wyrusza w podróż, aby odnaleźć swojego pierworodnego, a Holme podąża za nią...

sobota, 25 lipca 2015

Po uszy w gównie, czyli "Łowcy głów" Jo Nesbo.

Po pierwsze, powracam po 3 tygodniach w lesie :D W trakcie przebywania na obozie udało mi się jednak przeczytać jedną książkę, chociaż czasu było mało,  a mianowicie "Łowcy głów", czyli powieść pisarza, którego od dawna chciałam poznać. No i co z tego wyszło? Przeczytajcie.

Oryginalny tytuł: Hodejegerne
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Liczba stron: 219
Gatunek: Literatura sensacyjna














Roger Brown jest łowcą głów. Sam uważa się za najlepszego, ale i najbardziej niedocenianego w tym fachu. No cóż, facet jest niski, to i aż tak dobrze mu się nie wiedzie. Ma teoretycznie nie na jego kieszeń willę, a także trudną w utrzymaniu żonę z "wyższej ligi", toteż potrzebuje dodatkowego źródła dochodów, którym jest kradzież dzieł sztuki. Pewnego dnia jego żona daje mu cynk o niejakim Clasie Greve. Roger zajmuje się nim, jak to łowca głów potencjalnym szefem, ale okazuje się, że Greve to coś więcej niż tylko kolejny, nudny kandydat. Bo nie dość, że cholernie dobry, to jeszcze jest posiadaczem bezcennego obrazu Rubensa... Brown postanawia poprawić swoją kondycję finansową i wykorzystać okazję.

Jednej rzeczy nie można odmówić akcji w tej książce - jest wartka, chociaż rozkręca się dość wolno jak na swoją objętość. Z czasem jednak zaczyna pędzić, a zwrot akcji goni zwrot akcji... i to wszystko sprawia, że całość jest po prostu nieprzekonująca. Nie chodzi o to, że jest nierealistycznie. Jest nieprzekonująco, a to pewna różnica. Może jakby było trochę mniej tych oderwanych od rzeczywistości zwrotów, to mogłabym przymknąć oko na to, że nie potrafię w to uwierzyć. Nawet w takie"Kociej mordzie" potrafiłam uwierzyć w niezbyt realny bieg wydarzeń, bo po prostu to wszystko zostało pokazane tak, że naturalnie przylegało do tej książki, że w tej powieści to akurat musiało się zdarzyć i jest to absolutnie naturalne. Przekonywało. A tutaj nie, przez co potencjalnie ciekawa (bo ona była ciekawa, ale przez drażniące zwroty akcji coraz bardziej się od niej odrywałam) fabuła została zmarnowana, bo nie potrafiłam się w nią wciągnąć.

Postacie to chyba jeszcze większy minus. Są kompletnie mdłe i na dodatek kompletnie płytkie. Czasem widać, jakby autor próbował ich trochę upodobnić do zwykłego człowieka, ale wypada to raczej średnio. To w końcu on ma jakieś konkretne wady czy nie? I dlaczego bardzo analityczny człowiek, który stara się mieć dopięte wszystko na ostatni guzik pamięta nawet o zamaskowaniu odcisków palców, a nie pamięta o tym, żeby może coś zrobić z nabitym na widły truchłem psa? Wrr. Jestem wkurzona na te postacie...

...Ale za to tym razem postaram się coś pochwalić, a mianowicie styl.  Jo Nesbo pisze świetnie, a przy tym nieco specyficznie, dzięki czemu się wyróżnia. Nie jest może mistrzem słowa, nie maluje wyrazami światów, ale jednak pisze naprawdę dobrze. Ma ten styl jednak jed, zasadniczą wadę - dlaczego tu jest tak wiele DROBNYCH opisów WSZYSTKIEGO? Denerwowało mnie czytanie o tym, jakiej marki garnitur ma ktoś tym razem. No i na dodatek mnogość mini opisów wcale nie wpływała pozytywnie na ukazanie świata, bo niby tego dużo - a świat gorzej namalowany niż u autorów, którzy zdecydowanie mniej niepotrzebnych szczegółów pokazują.

I jeszcze jedna wada - cała ta powieść wydaje się po prostu pisana na kolanie, od niechcenia. Trudno to wytłumaczyć, ale po prostu... to jest takie bez polotu. Wydaje mi się, jakby pisarz "wkręcił" się w pisanie tej książki dopiero nie wiem, w połowie, w 3/4? Wtedy zaczyna być bardziej... charakterna. Ale nadal nie jest.

To nie ból, lecz strach przed bólem zmusza człowieka do uległości.

No i co ja tu mam powiedzieć? Bo fabuła jest naprawdę ciekawa, ale tak nieprzekonująca, że w ogóle mnie nie wciągnęła, a postacie jeszcze bardziej mi ją obrzydziły. Zakończenie było świetne, ale co z tego, skoro ta fabuła mnie w pewnym momencie przestała obchodzić? Na szczęście jest trochę ratunku ze strony stylu, który sprawiał, że czytało się dobrze. Wiem, że jestem w mniejszości, bo większości książka się jednak podobała. Ja jednak jestem zdenerwowana i zawiedziona. I dlatego też wystawiam temu 4/10, bardziej rzetelni mogą podnieść ocenę o oczko w górę.  

 

środa, 1 lipca 2015

Muzyczny Przegląd #31

No dobra, nic już nie mówię :p Po prostu klik!

1. Paradise Lost - The Enemy
Utwór z genialnego albumu In Requiem. Nieźle brzmiące gitary, świetny, emocjonalny, lecz mocny wokal, wyczuwalny, mroczny klimat. Chwytliwa melodia, po prostu niesamowite.

2. Clouds - You went so silent
Mocno atmosferyczny doom. Raczej nie rzecz do posłuchania sobie "od tak". Przekazuje uczucia, porywając w wir melancholii. Można się przy tym wyłączyć, ale nie bezmyślnie.

3. Zaum - Peasant of Parthia
Ciekawy doom z orientalnymi, nieco stonerowymi naleciałościami. Intrygujące intro wprowadza w nietypowy, nieco niepokojący, ale trudny do zidentyfikowania klimat. Wraz z wejściem gitar i właściwego utworu tylko się potęguje, a wokal to już punkt kulminacyjny...

4. Tides from Nebula - Only with Presence
Polskie post-rockowe dzieło. Charakterystyczne brzmienie, świetna gitara prowadząca, jak i cała reszta, która wydaje się osaczać tą gitarę, tworząc całość.

5. Pantera - Cemetery Gates
Tym razem coś znanego ;) Akustyczne intro świetnie wprowadza w klimat, lecz nie przygotowuje na najlepsze - pojawiający się potem psychodeliczny wręcz riff. Ogólnie rzecz niesamowita, trzeba przesłuchać.

6. Klone - Immaculate Desire
Niesamowita rzecz. Całość brzmi okropnie mrocznie, riff wkręca się w umysł, wokal dopełnia dzieła. Po prostu wsiąkasz w utwór słuchając go...

7. Accept - Winter Dreams
Znowu coś znanego ;) Ballada Accepta z jednego z ich najlepszych albumów, Balls to the Wall. Emocjonalna, wpadająca w ucho, mająca w sobie to coś. Taka prosto z serca.

8. Neil Young - Change Your Mind
Neil Young tworzy świetne rzeczy. Dające do myślenia, a zarazem przyjemne do słuchania. Wpada w ucho, ale nie jest muzycznie banalne. I ten utwór nie jest tutaj wyjątkiem. Po prostu wydaje się, jakby Young w każdym swoim kawałku zostawiał kawałek siebie... magiczne.

9. Elvis Deluxe - Face It
Taki stoner rockowy kawałek. Ma niezły klimat, niezłe gitary i niezłe gitary. W sumie nic specjalnego, ale jest w tym coś, co sprawia, że chce się tego słuchać.

10. Nevermore - Matricide
Utwór z epki "In memory". Nevermore to mój ulubiony zespół na zawsze, więc nie wiem w sumie, co bym mogła powiedzieć :D Jest świetne, jak zawsze. Mocno brzmiące gitary, charakterystyczny wokal Dane'a, połączenie ciężkości z emocjonalnością. Genialne.

11. Hegemone - The Hunt Within
 Instrumentalny, klimatyczny kawałek. Mroczny, wciąga. Chociaż mógłby się wydawać dość monotonny, powtarzalny (w sumie taki jest), to jednak jest w nim to coś, a i pojawia się urozmaicenie. Jak mówiłam - wciąga.

12. Bartosz Chajdecki - Bogowie (soundtrack)
Niesamowicie emocjonalny soundtrack, pełen ekspresji. Wpływa na wyobraźnie. Nieco mroczny, ale przede wszystkim emocjonalny, bo wywołuje emocji całe burze.

13. Rodrigo y Gabriela - Hanuman
Chwytliwy utwór naprawdę uzdolnionego gitarowego duetu. Ma klimat i "to coś", no ale przede wszystkim jest właśnie chwytliwy :D Chce się tego słuchać.

14. Theatre of Tragedy - Fair and Guiling Copesmate Death
Trochę klasyki gothic metalu. Ciężki, klimatyczny, dołujący. Na pierwszy plan wysuwa się świetny głos wokalistki, który jest po prostu śliczny. Można się w nim zakochać. Do tego dochodzi jeszcze niedrażniący growl oraz piękna melodia. To właśnie pokazuje, jaki powinien być gothic metal...

15. Eye of Solitude - The Ghost
Jeszcze trochę dołów na koniec ;) Klimatyczny doom. Można w tej atmosferze utonąć... i zrobię to z przyjemnością.