sobota, 25 lipca 2015

Po uszy w gównie, czyli "Łowcy głów" Jo Nesbo.

Po pierwsze, powracam po 3 tygodniach w lesie :D W trakcie przebywania na obozie udało mi się jednak przeczytać jedną książkę, chociaż czasu było mało,  a mianowicie "Łowcy głów", czyli powieść pisarza, którego od dawna chciałam poznać. No i co z tego wyszło? Przeczytajcie.

Oryginalny tytuł: Hodejegerne
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Liczba stron: 219
Gatunek: Literatura sensacyjna














Roger Brown jest łowcą głów. Sam uważa się za najlepszego, ale i najbardziej niedocenianego w tym fachu. No cóż, facet jest niski, to i aż tak dobrze mu się nie wiedzie. Ma teoretycznie nie na jego kieszeń willę, a także trudną w utrzymaniu żonę z "wyższej ligi", toteż potrzebuje dodatkowego źródła dochodów, którym jest kradzież dzieł sztuki. Pewnego dnia jego żona daje mu cynk o niejakim Clasie Greve. Roger zajmuje się nim, jak to łowca głów potencjalnym szefem, ale okazuje się, że Greve to coś więcej niż tylko kolejny, nudny kandydat. Bo nie dość, że cholernie dobry, to jeszcze jest posiadaczem bezcennego obrazu Rubensa... Brown postanawia poprawić swoją kondycję finansową i wykorzystać okazję.

Jednej rzeczy nie można odmówić akcji w tej książce - jest wartka, chociaż rozkręca się dość wolno jak na swoją objętość. Z czasem jednak zaczyna pędzić, a zwrot akcji goni zwrot akcji... i to wszystko sprawia, że całość jest po prostu nieprzekonująca. Nie chodzi o to, że jest nierealistycznie. Jest nieprzekonująco, a to pewna różnica. Może jakby było trochę mniej tych oderwanych od rzeczywistości zwrotów, to mogłabym przymknąć oko na to, że nie potrafię w to uwierzyć. Nawet w takie"Kociej mordzie" potrafiłam uwierzyć w niezbyt realny bieg wydarzeń, bo po prostu to wszystko zostało pokazane tak, że naturalnie przylegało do tej książki, że w tej powieści to akurat musiało się zdarzyć i jest to absolutnie naturalne. Przekonywało. A tutaj nie, przez co potencjalnie ciekawa (bo ona była ciekawa, ale przez drażniące zwroty akcji coraz bardziej się od niej odrywałam) fabuła została zmarnowana, bo nie potrafiłam się w nią wciągnąć.

Postacie to chyba jeszcze większy minus. Są kompletnie mdłe i na dodatek kompletnie płytkie. Czasem widać, jakby autor próbował ich trochę upodobnić do zwykłego człowieka, ale wypada to raczej średnio. To w końcu on ma jakieś konkretne wady czy nie? I dlaczego bardzo analityczny człowiek, który stara się mieć dopięte wszystko na ostatni guzik pamięta nawet o zamaskowaniu odcisków palców, a nie pamięta o tym, żeby może coś zrobić z nabitym na widły truchłem psa? Wrr. Jestem wkurzona na te postacie...

...Ale za to tym razem postaram się coś pochwalić, a mianowicie styl.  Jo Nesbo pisze świetnie, a przy tym nieco specyficznie, dzięki czemu się wyróżnia. Nie jest może mistrzem słowa, nie maluje wyrazami światów, ale jednak pisze naprawdę dobrze. Ma ten styl jednak jed, zasadniczą wadę - dlaczego tu jest tak wiele DROBNYCH opisów WSZYSTKIEGO? Denerwowało mnie czytanie o tym, jakiej marki garnitur ma ktoś tym razem. No i na dodatek mnogość mini opisów wcale nie wpływała pozytywnie na ukazanie świata, bo niby tego dużo - a świat gorzej namalowany niż u autorów, którzy zdecydowanie mniej niepotrzebnych szczegółów pokazują.

I jeszcze jedna wada - cała ta powieść wydaje się po prostu pisana na kolanie, od niechcenia. Trudno to wytłumaczyć, ale po prostu... to jest takie bez polotu. Wydaje mi się, jakby pisarz "wkręcił" się w pisanie tej książki dopiero nie wiem, w połowie, w 3/4? Wtedy zaczyna być bardziej... charakterna. Ale nadal nie jest.

To nie ból, lecz strach przed bólem zmusza człowieka do uległości.

No i co ja tu mam powiedzieć? Bo fabuła jest naprawdę ciekawa, ale tak nieprzekonująca, że w ogóle mnie nie wciągnęła, a postacie jeszcze bardziej mi ją obrzydziły. Zakończenie było świetne, ale co z tego, skoro ta fabuła mnie w pewnym momencie przestała obchodzić? Na szczęście jest trochę ratunku ze strony stylu, który sprawiał, że czytało się dobrze. Wiem, że jestem w mniejszości, bo większości książka się jednak podobała. Ja jednak jestem zdenerwowana i zawiedziona. I dlatego też wystawiam temu 4/10, bardziej rzetelni mogą podnieść ocenę o oczko w górę.  

 

środa, 1 lipca 2015

Muzyczny Przegląd #31

No dobra, nic już nie mówię :p Po prostu klik!

1. Paradise Lost - The Enemy
Utwór z genialnego albumu In Requiem. Nieźle brzmiące gitary, świetny, emocjonalny, lecz mocny wokal, wyczuwalny, mroczny klimat. Chwytliwa melodia, po prostu niesamowite.

2. Clouds - You went so silent
Mocno atmosferyczny doom. Raczej nie rzecz do posłuchania sobie "od tak". Przekazuje uczucia, porywając w wir melancholii. Można się przy tym wyłączyć, ale nie bezmyślnie.

3. Zaum - Peasant of Parthia
Ciekawy doom z orientalnymi, nieco stonerowymi naleciałościami. Intrygujące intro wprowadza w nietypowy, nieco niepokojący, ale trudny do zidentyfikowania klimat. Wraz z wejściem gitar i właściwego utworu tylko się potęguje, a wokal to już punkt kulminacyjny...

4. Tides from Nebula - Only with Presence
Polskie post-rockowe dzieło. Charakterystyczne brzmienie, świetna gitara prowadząca, jak i cała reszta, która wydaje się osaczać tą gitarę, tworząc całość.

5. Pantera - Cemetery Gates
Tym razem coś znanego ;) Akustyczne intro świetnie wprowadza w klimat, lecz nie przygotowuje na najlepsze - pojawiający się potem psychodeliczny wręcz riff. Ogólnie rzecz niesamowita, trzeba przesłuchać.

6. Klone - Immaculate Desire
Niesamowita rzecz. Całość brzmi okropnie mrocznie, riff wkręca się w umysł, wokal dopełnia dzieła. Po prostu wsiąkasz w utwór słuchając go...

7. Accept - Winter Dreams
Znowu coś znanego ;) Ballada Accepta z jednego z ich najlepszych albumów, Balls to the Wall. Emocjonalna, wpadająca w ucho, mająca w sobie to coś. Taka prosto z serca.

8. Neil Young - Change Your Mind
Neil Young tworzy świetne rzeczy. Dające do myślenia, a zarazem przyjemne do słuchania. Wpada w ucho, ale nie jest muzycznie banalne. I ten utwór nie jest tutaj wyjątkiem. Po prostu wydaje się, jakby Young w każdym swoim kawałku zostawiał kawałek siebie... magiczne.

9. Elvis Deluxe - Face It
Taki stoner rockowy kawałek. Ma niezły klimat, niezłe gitary i niezłe gitary. W sumie nic specjalnego, ale jest w tym coś, co sprawia, że chce się tego słuchać.

10. Nevermore - Matricide
Utwór z epki "In memory". Nevermore to mój ulubiony zespół na zawsze, więc nie wiem w sumie, co bym mogła powiedzieć :D Jest świetne, jak zawsze. Mocno brzmiące gitary, charakterystyczny wokal Dane'a, połączenie ciężkości z emocjonalnością. Genialne.

11. Hegemone - The Hunt Within
 Instrumentalny, klimatyczny kawałek. Mroczny, wciąga. Chociaż mógłby się wydawać dość monotonny, powtarzalny (w sumie taki jest), to jednak jest w nim to coś, a i pojawia się urozmaicenie. Jak mówiłam - wciąga.

12. Bartosz Chajdecki - Bogowie (soundtrack)
Niesamowicie emocjonalny soundtrack, pełen ekspresji. Wpływa na wyobraźnie. Nieco mroczny, ale przede wszystkim emocjonalny, bo wywołuje emocji całe burze.

13. Rodrigo y Gabriela - Hanuman
Chwytliwy utwór naprawdę uzdolnionego gitarowego duetu. Ma klimat i "to coś", no ale przede wszystkim jest właśnie chwytliwy :D Chce się tego słuchać.

14. Theatre of Tragedy - Fair and Guiling Copesmate Death
Trochę klasyki gothic metalu. Ciężki, klimatyczny, dołujący. Na pierwszy plan wysuwa się świetny głos wokalistki, który jest po prostu śliczny. Można się w nim zakochać. Do tego dochodzi jeszcze niedrażniący growl oraz piękna melodia. To właśnie pokazuje, jaki powinien być gothic metal...

15. Eye of Solitude - The Ghost
Jeszcze trochę dołów na koniec ;) Klimatyczny doom. Można w tej atmosferze utonąć... i zrobię to z przyjemnością.

wtorek, 30 czerwca 2015

Thunderstruck, czyli "Dreszcz" Jakuba Ćwieka.

Jakiś czas temu czytałam "Chłopców" tego autora i nie ukrywam, podobali mi się :D Toteż widząc "Dreszcza" w bibliotece natychmiastowo po niego sięgnęłam, zwłaszcza, że zapowiadała się wybuchowa przygoda z superbohaterami i rock'n'rollem w tle. Ale po kolei...
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Ilość stron: 285
Gatunek: Fantastyka
















Ryszard "Zwierz" Zwierchowski. Podstarzały osobnik z uroczą gromadką dzieci, do którego przyznaje się tylko jedno z nich (a zarazem próbuje mu znaleźć pracę), a który mimo wieku żyje pełnią zasady "Sex, drugs and rock'n'roll". Przyjaźni się, o ile można to tak nazwać, jedynie z emerytowanym górnikiem Alojzym, a wrogowie...wszystkie mohery z osiedla. Pewnego dnia jednak grzesznik zostaje ukarany i to przez same niebiosa. Piorunem. Chyba jednak diabeł jest z nim, bo nie dość, że nie umiera, to jeszcze zyskuje supermoce. A że po drodze przyplątał się pewien opiekuńczy Anglik, to może już załatwiać złoczyńców z pioruna...

Generalnie zacznę może od pochwały - czuć klimat rock'n'rolla, a że nawet lubię te klimaty (chociaż wolę metal), to się cieszyłam :D Ponadto, ponownie widać humor Ćwieka. Obiektywnie rzecz biorąc, bywa dość prostacki, bywa i dość inteligentny, ale dla mnie był... przede wszystkim śmieszny. No i niewątpliwie wrzucił tu sporo ciekawych pomysłów, dla których samych warto przeczytać tą pozycję - Zawisza Czarny (szkoda tylko, że było go okropnie mało), postać Ekumena (i finalny pojedynek właśnie jego... z Matką Boską; był tak absurdalny, że aż niesamowity) no i sam Rysiek.

Słówko o postaciach - większość z nich jest pozytywnie przerysowana, wpisując się w komiksową konwencję. Tak więc zarówno stary rock'n'rollowiec Rysiek, jak i rodowity Ślązak Alojzy (notabene najbardziej realistyczna postać) wzbudzają sympatię.Zwłaszcza, że rozmowy Ryśka z Alojzym bywają rozbrajające. Gorzej z owym Anglikiem, Benjaminem, który był tak cholernie irytującą i nierealistyczną (nawet jak na te standardy) postacią. Jak tylko cokolwiek mówił, jak tylko się pojawiał, już miałam go dość... Tak sobie było również z niektórymi postaciami pobocznymi w stylu komisarza Drewniaka. Znowu jest lepiej, gdy pojawia się Ekumen, ale nadal niesmak po Benjaminie pozostaje.

Niezbyt przekonała mnie do siebie  fabuła. Owszem, czytało się lekko, szybko i przyjemnie, lecz po prostu nie wciągała, bo kiedy czytałam np. "Front burzowy" - tam też był humor, to też było czysto rozrywkowe fantasy - to strony aż same się przewracały. Tutaj czasem się wciągałam, ale cała sprawa "morderstw" była nieprzekonująca. Niby wiadomo, że absurd, że taka konwencja... ale z absurdu też trzeba umieć korzystać, też powinien być przekonujący. Ponadto trochę scen wydawało mi się jakby dodanych bez potrzeby. A zamiast tego Ćwiek mógł po prostu wszystko bardziej przemyśleć, tak po prostu. Z drugiej strony, jest sporo dobrych, nawet świetnych fragmentów, ale ogólnie poziom jest nierówny.

To pod żadnym pozorem nie jest zła książka. Daje rozrywkę nasączoną czystym rock'n'rollem, sporo humoru oraz parę wyrazistych postaci. Jej główną wadą jest po prostu to, że w niektórych miejscach jest nieprzekonująca, nierówna. Ale za humor, za Ryśka, za rock'n'roll  - 6/10. Fani Ćwieka pewnie już przeczytali, jak nie, to i tak im się pewnie spodoba. Fani rock'n'rolla poszukujący dobrej rozrywki też mogą sięgnąć, bo humor jest tego wart, tak samo jak parę postaci i scen. Bo chociaż jest 6/10, to trochę z siebie zostawia.

poniedziałek, 29 czerwca 2015

To już (na razie) jest koniec, czyli "Taniec ze Smokami. Część 1 i 2" George'a Martina.

Słowem wstępu - nie będzie recenzji drugiej części Uczty dla Wron, ponieważ jej poziom jest równy poziomowi pierwszej, toteż nie będę zapychała bloga :D Nie przedłużając, zaczynam moją opinię o jak na razie ostatniej części Pieśni Lodu i Ognia, czyli Tańcu ze Smokami.
Oryginalny tytuł: A Dance with Dragons
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 634 (cz. 1) + 759 (cz. 2)
Gatunek: Fantastyka















Daenerys nadal włada (próbuje władać) w Meereen, lecz jej wrogowie nie śpią. W mieście panuje niepokój, a wielu z tych, którzy chcieliby się jej pozbyć, bierze się do roboty... Tymczasem Tyrion po ucieczce z Westeros wyrusza w podróż do Zatoki Niewolniczej wraz z osobą, która może wiele namieszać. Natomiast na Murze również nie jest wesoło. Świeżo mianowany lord dowódca, Jon Snow, musi poradzić sobie z dzikimi, przeciwnikami w samej Straży, jak i czyhającymi za Murem lodowymi istotami...

Kończę sobie czytać Ucztę dla Wron, a tu niespodzianka - okazało się, że pokazywała narracje tylko z perspektywy części bohaterów, natomiast w Tańcu ze Smokami będzie reszta. No cóż, niech będzie. Byłam trochę zdenerwowana, bo niektóre narracje były zakończone tak, że myślałam, że jak tylko dorwę się do TzS, to przeczytam dalej... Na szczęście gdzieś w połowie drugiej części pojawiają się z powrotem ;)

Jak można się domyśleć więc, przez większość czasu jesteśmy skazani na małą ilość narracji (nie wiem, ile dokładnie), jest także przez to mniejsza różnorodność. Ale za to jakie te narracje! Tyrion, Daenerys, Jon Snow, Asha Greyjoy, Fetor, kilku innych... przez większość czasu są znaczne ciekawsze niż te w UdW. 

Nie zmienia to jednak faktu, że George Martin momentami okropnie przynudzał. Pierwszy przykład z brzegu - wątek Tyriona i Joraha. Obronił się ze względu na samego karła, ale fabularnie był okrutnie nudny... Generalnie w tym tomie (tomach?) było nieco za dużo beztreściowości, lania wody, przez co akcja była nieco rozmemłana.

Mimo wszystko tom był ciekawszy od poprzedniego,  a końcówka sprawia, że ma się ochotę pojechać do George'a i siłą wyrwać to, co dotychczas napisał. Na Wichry Zimy czekać będę z niecierpliwością, a tymczasem TzS dostaje ode mnie..8/10.


wtorek, 23 czerwca 2015

W piekle są elfy, czyli "Czekając na odkupienie" Katarzyny Łochowskiej.

Kupiłam jakiś czas temu, zachęcona głównie genialną, w pewien sposób tajemniczą okładką, a także i całkiem ciekawym pomysłem (w większości jednak okładką). No i co z tego wyszło? Przeczytajcie...
Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza
Ilość stron: 265
Gatunek: Fantastyka















Cassandra Spencer na pierwszy rzut oka mogłaby się wydawać typową, pustą osiemnastolatką, jakich wiele. Seks, imprezy, alkohol i tak w kółko. Na drugi rzut oka też tak jest, lecz ma do już trochę za sobą - po jednej z pierwszych takich imprez zostaje zgwałcona i przez 4 następne lata, noc w noc prześladują ją zielone oczy napastnika. Po paru zdarzeniach trafia do piekła...osadzonego w V wieku, a tam wcale nie jest łatwo. Zwłaszcza, że już po chwili porywa ją Hun bliźniaczo podobny do owego gwałciciela...

Początki były zachęcające, przede wszystkim polubiłam kreację bohaterki, która była typem sarkastyczno-ironicznym, co owocowało tym, że czytało się to z prawdziwą przyjemnością, a Cassandra miała charakterek! Niestety, wszystko się skiepściło wraz z dodaniem wątku fantasy... ale o tym zaraz.

Sam wątek jest w porządku. Niestety, wraz z tym wątkiem doszedł też romans, który jest niczym z młodzieżówek w najgorszym tego słowa znaczeniu. Nawet nie chodzi o jego nierealność oraz to, jak bardzo jest irytujący, choć o to też. Przede wszystkim bohaterka mimo wcześniejszego charakterku niemal kompletnie się rozmaśliła i stała się całkowicie niezdecydowana, tak okropnie irytująca, że nie mogłam tego znieść... Co prawda raz na jakiś czas powracał jej dawny charakter, ale zdecydowanie ten wątek jest najsłabszym punktem tej książki.

Natomiast wątek fantastyczny jest już naprawdę porządny. Wciąga, pomysł na przedstawienie piekła ciekawy, a i całość pełna jest co prawda znanych, ale nadal ciekawych, najróżniejszych istot ;) Szkoda tylko, że nie byłam w stanie się nim rozkoszować, ponieważ koszmarny, naiwny i nieprawdopodobny romans ciągle powracał, nie można było od niego uciec i to zdecydowanie obniżało przyjemność z lektury...

Całe szczęście, że autorka pisze naprawdę dobrze. Jej język może nie należy do najwybitniejszych, ale coś w nim jest, że czyta się szybko i przyjemnie, czasem trafią się jakieś humorystyczne fragmenty.

Podsumowując - to naprawdę pomysłowa historia, która została zaprzepaszczona przez beznadziejny wręcz wątek romantyczny (co prawda czytelnikom gustującym w młodzieżówkach mógłby się spodobać, ale innym niekoniecznie) oraz niekonsekwencję w kreacji postaci. Zostaje jednak świetny styl, porządny wątek fantastyczny, dzięki któremu książce wystawiam ocenę 6/10.

czwartek, 18 czerwca 2015

Dwa w cenie jednego, czyli "Nawałnica mieczy. Krew i złoto." oraz "Uczta dla wron. Cienie śmierci" George'a R.R Martina.

No cóż.. heheh, tak się wciągnęłam w czytanie Pieśni Lodu i Ognia, że złamię podstawową zasadę i chyba będzie trochę recenzji książek z jednej serii pod rząd ;)

Oryginalny tytuł: A Storm of Swords. Blood and Gold.
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 520 + 51 (dodatek)
Gatunek: Fantastyka














Ponieważ fabuła tego tomu to rzecz jasna kontynuacja wydarzeń z pierwszej części Nawałnicy Mieczy (recenzja klik!), daruję sobie szczegółowe opisywanie zalążka fabuły, gdyż zwyczajnie nie wiedziałabym, co napisać ;)

Napiszę za to o tym, że George Martin znów mnie zaskoczył. I nawet nie chodzi o to, że po prostu wymyśla zaskakujące zwroty akcji, bo WIEDZIAŁAM co się stanie z powodu wszechobecnych spojlerów, ale i tak udało mu się mnie zaskoczyć. Po prostu to, jak wczułam się w historię, będąc świadoma dalszego ciągu jest niesamowite! A jak już się zdarzy, to znów pojawiają się pytania: dlaczego? dlaczego tak szybko? ale jak to? Po prostu zawsze jest ten element zaskoczenia, a jeśli zdarzyło mi się o czymś wcześniej nie wiedzieć... ojoj, moje serce było wystawione na wielką próbę.

Jak widać więc, pod względem fabularnym to najciekawszy jak dotąd tom. Tylu emocji, tylu zwrotów akcji nie było nawet w poprzednim, uznanym wtedy przeze mnie za najlepszy, tomie! Co ciekawe, chociaż znane postaci potrafią zrobić coś, czego zupełnie się nie spodziewamy, to wszystko jest po prostu spójne!

Tak jak poprzednią, i tą część cechuje pewne wyważenie. Autor doskonale wie, kiedy zmienić narracje, dzięki czemu ani chwilę się nie nudziłam, nie czułam, że cokolwiek się nudzi.

W pozostałych kwestiach - jak zwykle genialna kreacja postaci oraz świetny styl. Na uwagę zasługuje jednak przede wszystkich bogactwo fabularne, umiejętność zaskakiwania czytelnika. Chociaż poprzednim częściom jeszcze tego nie robiłam, tutaj mogę z czystym sercem wystawić 10/10. Niesamowite.

Oryginalny tytuł: A Feast for Crows
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
 Ilość stron: 511
 Gatunek: Fantastyka















[UWAGA, SPOJLERY!] W ostatnim czasie wiele kart znikło ze stołu. Nie ma już Joffreya, Robba Starka ani Catelyn. Jaime wrócił do Królewskiej Przystani, gdzie Cersei przejęła władzę jako regentka. Jon Snow stał się nowym Lordem Dowódcą Nocnej Straży, gdzie Stannis przysłał swoje wojska, oferując bękartowi pewną ciekawą propozycję. Ale nie ma tak łatwo... gdy wiele miejsc się zwolniło, także i inni postanowią powstać i zawalczyć o tron... [KONIEC SPOJLERÓW. CHYBA.]

Już z opisu można wywnioskować zwolnienie tempa, ale jednakże zapowiada on i pewną akcję. Niestety, muszę powiedzieć, że poczułam się nieco zawiedziona... Po pierwsze, chociaż doszło parę nowych narracji, to jakoś nie mogłam się w nie wczuć. Wydarzenia były mało ciekawe, a postacie słabo zarysowane. Zdecydowanie radośniej witałam powrót dawnych postaci.

Ponadto znika już owa równowaga z Nawałnicy Mieczy... Niektóre narracje pojawiały się zdecydowanie zbyt często w zamian za te nowe, które mogły być ciekawe. Tak to pojawiały się naprawdę za rzadko, a jak już były, to niezbyt ciekawe... Ogólnie nie mogę powiedzieć, że było nudno, bo wciągnęłam się w to okropnie, ale jednak sam rozwój akcji był dla mnie kiepski. Może i była potrzebna taka chwila odpoczynku po tej nawałnicy z Nawałnicy Mieczy, ale mogła być zdecydowanie lepiej wyważona.

Powiem tak - to nadal kawał świetnej lektury, naprawdę genialnej. Nadal na uwagę zasługują wspaniale wykreowane postacie oraz styl Martina. Nadal okropnie wciąga. Po prostu Nawałnica Mieczy była takim szczytem, po którym powinna być chwila odpoczynku. Przeszkadza brak równowagi, owszem. Ale to nadal 8/10.

EDIT: Druga część jest na dokładnie takim samym poziomie, nie będę robić już nowej recenzji, coby się nie powtarzać.







niedziela, 14 czerwca 2015

Potwór w Nowym Jorku, czyli "Bestia" Alex Flinn.

A tę książkę wygrałam z kolei w konkursie na blogu Kolorowa Książka ;) Nie miałam w stosunku do niej żadnych oczekiwań, ale jakoś jak tylko ją dostałam, to zaczęłam czytać - bo na nic innego nie miałam ochoty, a koleiny tom PLiO wypożyczony w bibliotece. No i co z tego wyszło? Zobaczymy...

Oryginalny tytuł: Beastly
Wydawnictwo: Galeria Książki

Liczba stron: 348
Gatunek: Literatura młodzieżowa














Kyle Kingsbury to jeden z tych próżnych, bogatych nastolatków, których nawet jeśli nie widzieliście na żywo, to z pewnością kojarzycie ich postać. Luksusowe życie dzięki pieniążkom tatusia, idealna twarz, śmieciowe przyjaźnie, śmieciowe związki oparte wyłącznie na seksie, pogarda dla tych biedniejszych... Pewnego dnia jednak Kyle'owi zostaje wymierzona sprawiedliwość, kiedy wiedźma postanawia zamienić go w tytułową bestię, ale daję mu szansę: jeśli Kyle znajdzie kogoś, kogo pokocha i to z wzajemnością, to zostanie odczarowany. Nie będzie to jednak zbyt proste...

Już kojarzycie? Tak, to jedna z wielu wariacji na temat klasycznych baśni, tutaj akurat "Pięknej i Bestii". Nie mam nic przeciwko takim wariacjom, pod jednym warunkiem - że dana pozycja będzie wnosiła coś nowego do tematu. Tutaj mamy, przede wszystkim - przeniesienie akcji do teraźniejszości, do Nowego Jorku. W sumie nic nowego. Ponadto zarówno Piękna, jak i Bestia mają nie najlepiej w kwestii relacji z rodziną. Może i w tej baśni tego nie było, ale w młodzieżówkach zdarza się nadzwyczaj często... Za oryginalność plusa ta pozycja nie dostanie, ale nie należy też do rzeczy kompletnie odtwórczych.

Powieść napisana jest całkiem przyjemnie. Połączenie czasu przeszłego i pierwszoosobowej narracji to bezpieczne rozwiązanie, a błędów w stylu nie zauważyłam, był po prostu normalny, więc i czytało się naprawdę szybko. Zabrakło mi jednak czegoś innego - wczucia w postać głównego bohatera. Nie przeze mnie, przez autorkę. Wydawał mi się jakiś nierzeczywisty, zwłaszcza tuż po przemianie. Owszem, nie był oazą spokoju, ale jednak nie tak zachowuje się człowiek, którego całe życie praktycznie runęło!

Jest jeden, zasadniczy problem z tą książką, który chociaż w lekturze nie przeszkadza, to przeszkadza w zapamiętaniu jej na dłużej - jest w niej po prostu coś sztucznego. Nie dość, że momentami rozwój wydarzeń wydaje się kompletnie nieprawdopodobny (wszyscy kochamy zbiegi okoliczności i nielogiczne rozwiązywanie się problemu), to jeszcze wątek romantyczny... meh. Po prostu był sztuczny, nie umiem tego lepiej wytłumaczyć. Zresztą i problemy z rodzicami, które były tutaj ukazane, chociaż prawdziwe, to w tej pozycji zdawały się nie tyle zbędne, co wciśnięte na siłę, aby było coś poważnego... Co jakiś czas pomiędzy właściwą akcją pojawiały się przerywniki w postaci czatu z "grupy wsparcia" dla przemienionych, no i one też były jakieś sztuczne, płytkie, zbędne. Momentami żenujące.

Nie wiem, niektórym to się podobało. Nie twierdzę, że się źle czyta - bo czyta się jak najbardziej dobrze, nawet wady podczas lektury nie przeszkadzają, bo po prostu się na nie nie zwraca uwagi... Co więcej, całość nawet wciąga! Ale jest też jakaś płytka, sztuczna. Wylatuje z pamięci jeszcze szybciej, niż się ją czyta. I chociaż stricte wad większych nie posiada, to jednak wystawić jej coś więcej niż 5/10 byłoby przesadą. Nic po sobie nie zostawia.